Wakacyjna wyprawa


Ten rok obfituje w rodzinne wyjazdy. Jesteśmy z tych, którzy zabierają dzieci w podróż bez wsparcia w formie babci/ dziadka/ czy cioci/ niani. W lutym lecieliśmy do Norwegii, w maju podbijaliśmy Śląsk, a w lipcu postanowiliśmy podbić Małopolskę i okolice. Z ostatniego wyjazdu wróciliśmy dwa tygodnie temu i nadal żyjemy wspomnieniami. Były to jedne z najlepszych naszych wakacji. Czy przygotowywaliśmy się do nich jakoś specjalnie? Czy był to wyjazd w pełni spontaniczny? Jak wyjechać z dwójką dzieciodzików i przy tym nie zwariować? Z wózkiem czy bez? Gdzie da radę wbić się z wózkiem, a gdzie lepiej udać się z nosidłem turystycznym? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w tym poście.


Komu w drogę temu... rower na dach i na hak?

Nie potrafimy normalnie. Zawsze wyglądamy jak cygański tabor. Jak nie tona klamotów w bagażniku, która wypływa do reszty auta i zawala nas po dach, to rower... a w tym przypadku dwa. Jak wspominałam we wpisie o majówce na Śląsku, Stary ma nową pasję jaką jest dzika jazda na rowerze, który jest wielkości konia, po górkach i pagórkach. Zaraził tą pasją Manię dlatego zabieraliśmy również jej dwa kółka. 

Wyjazd planowaliśmy już w kwietniu. W sumie to nocleg i główne miejsce wypadowe zostało tak wcześnie zaplanowane, bo cała reszta była albo spontanem, który był związany z pogodą lub temat ogarnialiśmy kilka dni przed wyjazdem. Głównym celem całej wyprawy był bike park w Kasinie Wielkiej i pod niego dobraliśmy nocleg. Mieszkaliśmy w miejscowości Stróża, w uroczym miejscem, które nazywa się Apartament Kurnik. Wokół tych dwóch miejsc szukaliśmy kolejnych atrakcji. 

Dla każdego coś miłego

Staraliśmy się, aby w trakcie wyjazdu, każdy miał atrakcję dopasowaną pod siebie. Stary miał swoje zjazdy w Kasinie oraz... w Bielsku Białej. A co z Manią, Kubą i ze mną?

WIELICZKA

Pod nas wszystkich wybraliśmy zwiedzanie kopalni soli w Wieliczce. Zaobserwowałam wzmożoną ilość wyjazdów blogerek w to miejsce, ale nasze nie było (niestety) sponsorowane. Żeby Mania nie padła z nudów w podziemnych korytarzach wybraliśmy się na rodzinne przejście czyli "Solilandię". Zabuliliśmy jak za zboże, ale szczerze, z ręką na sercu polecam Wam to przejście jeśli chcecie zwiedzać kopalnie z dziećmi. Maluchy lecą jak zaczarowane i w momencie, gdy natkną się na "soliludka" rodzice są zbędni podczas dalszej eksploatacji, hahhahaha.

TipSolilandię trzeba zarezerwować wcześniej, ponieważ idzie się jako wycieczka zorganizowana. Niech nie przerażą Was potężne kolejki do wejścia, bo wchodzicie inaczej (grupa zorganizowana ma osobną zbiórkę).Weźcie ze sobą worek pieniędzy, bo można tu zgubić portfel... Jeśli chcesz robić zdjęcia to musisz wykupić taką możliwość za dodatkowe 10 zł. Bilety odbiera się w zupełnie innym miejscu niż kasy. NIE WJEDZIECIE TU WÓZKIEM! Zejście do kopalni liczy ponad 350 (bodajże 385) schodów. Jeśli macie taką możliwość to zapakujcie malucha do nosidła turystycznego. My swoje wypożyczyliśmy niedaleko kopalni ( korzystaliśmy z wypozycz-nosidelko.pl ). Na wyjazd do Skalnego Miasta wieźliśmy nosidło z wypożyczalni z Gdańska, ale kiedy znaleźliśmy możliwość wypożyczenia praktycznie na miejscu woleliśmy takie rozwiązanie. W naszej grupie szła rodzina z dziewczynką w wieku Kuby, którą tata niósł na rękach, ale trasa jest bardzo długa i taka opcja może być męcząca na dłuższą metę.






Po wyjściu z kopalni ruszyliśmy na tężnie, które znajdują się 200 m dalej. To było wejście głównie dla Kuby, który ma problemy z układem oddechowym. Wyszliśmy cali biali i ostro przeinhalowani. 

Tip: Tężnie są osobno płatne. Chyba jest jakaś zniżka jeśli ma się bilet wstępu do kopalni, ale to tyczy się biletów indywidualnych. Na teren tężni wjedziecie wózkiem, ale jeśli chcecie wejść na wieżę to musicie go zostawić na dole. Iii... nie ubierajcie się w ciemne ciuchy, bo wszystko po wyjściu będzie zasolone.




KRAKÓW

W Krakowie byliśmy dwa razy. Tak na szybko. Pierwszego dnia przejazdem i w przedostatni wieczór, tak na spacer. Mania koniecznie chciała zobaczyć Smoka Wawelskiego i przejść się po Wawelu. Szczytem marzeń małej dziewczynki było zobaczenie ziejącego ogniem stwora. Miała szczęście zobaczyć to dwa razy - z dołu oraz z góry - z murów zamku. Na drugim miejscu listy „TO DO” w Krakowie było usłyszenie hejnału z wieży. Nie wiem czy tak było zawsze, ale udało się to spełnić o 20:00, byłam pewna, że hejnał jest odgrywany tylko w południe. Kiedy pan pomachał z wieży to moja córka gotowa była paść z zachwytu na chodnik.
Wysępiła pamiątkę w postaci różowego diamentu i fioletowej chusty góralskiej po czym nic więcej do szczęścia nie było jej potrzeba.






KASINA WIELKA / BIELSKO BIAŁA

Chociaż atrakcje staraliśmy się planować tak, aby dla każdego było coś fajnego to jednak Kasina była głównym celem wyjazdu. Nie ukrywam, że chciała żeby Bartek najbardziej skorzystał na urlopie. Zasługuje jak mało kto. A my? A my z Manią już za lekko ponad 2 tygodnie lecimy same na nasze małe babskie wakacje do Norwegii. Dlatego też nie marudziłam kiedy musiałam z Kubą gnić pod bike parkami. W Kasinie Mania korzystała z areny młodego rowerzysty i tam zasuwała po pumptruck'u i innych pochylniach. Dodatkowo miała do dyspozycji ogromny plac zabaw – idealny dla takich dzieciodzików jak ona. Kuba miał niewiele do roboty w tym miejscu, ale na szczęście Bartek wjechał na trasy akurat w porze drzemki – zbawionko!
Generalnie Kuba spał, Mania drałowała jak szalona, a ja siedziałam na słoneczku i odpoczywałam. No, ok. Karnełam się dwa razy i tyle mi wystarczyło żeby nie czuć nóg przy tyłku.

Jakim cudem wylądowaliśmy w Bielsku, które absolutnie nie było po drodze?
Odpowiedź jest prosta – ucieczka przed deszczem. Prognozy nie były optymistyczne dla naszych okolic więc załadowaliśmy rowery i siebie w auto i pomknęliśmy górami i dolinami na trasy enduro. Mańka odważnie wyjechała z ojcem w góry, a my z Kubą udaliśmy się na błonia. Młody sobie latał po terenie, a ja snułam się za nim z kolejnymi kawusiami w dłoni.




Zakopane

Zakopane kocham całym swoim sercem. Byłam tam kilkanaście razy i czuję się tam świetnie. Ten kierunek nie był planowany. Wręcz specjalnie omijaliśmy to miejsce podczas planowania tras. Nie mieliśmy ochoty na tłumy ludzi. Nie widziało mi się przepychać z wózkiem między turystami. Jednak pogoda i „Jęcząca Marta” znana jako Maria Magdalena – córka Bartłomieja i Katarzyny pokierowały nas do aquaparku. A po co tam skoro dookoła pełno term, albo w Krakowie można pomoczyć tyłek? No tak, ale Kuba nie nadaje się na termy, pogoda średnio pozwalała na zewnętrzne kąpiele z małymi, a w Krakowie coś nie pasowało Bartasowi jeśli chodzi o wejściówki. Także postanowiliśmy pojechać do miejsca, które odwiedzaliśmy z Manią kilak lat temu. Była wtedy w wieku Kuby więc nie pamiętała, ze tam była. (Na blogu o aquaparku w Zakopcu pisałam tu: KLIK – zobaczcie jaka Myszka była mała!!!)

Uczcijmy chwilą ciszy umiejętności fotograficzne Bartka...



Przez te pięć lat niewiele się tam zmieniło. Nie pamiętam jedynie czy ten basen z wodą termalną był w 2014. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, ale podczas tej wizyty poszłam sama i grzała tyłek w ciepłej wodzie z widokiem na tatry. Błoga chwila spokoju sponsorowana przez zakaz wchodzenia z dziećmi poniżej 12 roku życia! 


Skoro byliśmy już na miejscu, a w trakcie naszych wodnych szaleństw pogoda się poprawiła to grzechem byłoby nie wjechać na Gubałówkę! Tak też zrobiliśmy. O dziwo, chociaż byliśmy tu niecałe trzy lata temu, Mania nie pamiętała i tego miejsca. Spodobało jej się bardzo. Spodobały się widoki, jedzonko, no i... cała kupa najtandetniejszej z najtandetniejszych tandet na kolejnych mijanych stoiskach też jej się podobały... wręcz śmiem napisać, że ją oczarowały.



Ogólnie przerażający jest widok tych wszystkich chińskich badziewi wylewających się na ulice co krok. Okropne są te billboardy na wjeździe do miasta! Kto pozwala stawiać takie ilości? Miasto postawiło sobie całkiem ładny napis „Zakopane” na wjeździe... tylko co z tego jeśli ginie między 10 wielkimi reklamami kliniki chirurgii?!? Tragedia...

Post udostępniony przez Katarzyna T. (@wieczniepodnapieciem)




No więc tak... były bike parki dla Bartka, był Wawel i smok Wawelski dla Mani, był aquapark dla Kuby i Mani, była Wieliczka dla nas wszystkich. Zatem co było dla mnie? Bardzo chciałam skorzystać z tego, że byliśmy niesamowicie blisko granicy ze Słowacją. Kocham góry, ale te góry – góry skaliste, wysokie, majestatyczne, których wierzchołki kryją się między chmurami! Najpierw myślałam żeby wyjść na jakiś szlak. Jednak nosidło wypożyczyliśmy jedynie na jeden dzień więc pod uwagę mogliśmy brać szlaki najprostsze, po których albo da radę jechać wózkiem (bo drzemka musi być), albo takie po których Kuba da rade sam tuptać, a kiedy limit wydolności jego małych nóżek zostanie osiągnięty Bartek weźmie go na ręce i będzie mógł bez większego wysiłku nieść go do celu.

Mój szanowny mąż znając moje umiłowanie do gór wynalazł atrakcję idealną.

-Co powiesz na spacer w koronach drzew?!? - Pfffff! No co mogłam powiedzieć? Sprawdziliśmy pogodę, godziny otwarcia, możliwości wózkowe i trasę.

Maria stwierdziła, że będzie to „mega, wielka nuda!”. Ale co więcej? Czy się spodobało tej małej marudzie? Czy było to dobre miejsce na wypad z 1,5 rocznym maluchem w wózku? O tym miejscu napiszę osobny post, bo jest to serio ciekawa sprawa.



Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger