RODOS jako źródło wiecznej frustracji i podwyższonego napięcia

Jak bardzo kocham moją działkę...


i dlaczego marzę o miotaczu ognia?!?


- No to jaki masz jeszcze pomysł na tą naszą wspaniałą działkę? Oczywiście poza wyrzutnią granatów? - zapytał podchwytliwie mój dobry znajomy, w pewnych kręgach zwany mężem.
- Miotacz ognia? - odpowiedziałam, jednocześnie szykując się do kąpieli po kolejnym rajdzie kosiarką po włościach.


Działka czyli RODOS czyli Rodzinne Ogrody Działkowe Otoczone Siatką.

Stare posty z czeluści archiwum:

Mały pracownik RODOSowy
Małe rzeczy cieszą najbardziej


O takim skrawku własnej trawy w środku miasta marzyliśmy z Bartasem  już w czasach narzeczeństwa. Będzie to jakieś 12 lat temu. W czasach kiedy spacerowaliśmy między obłużańskimi altankami i podśmiewaliśmy się z kreatywności gdyńskich emerytów, która objawiała się, m.in. muszlą klozetową na środku trawnika będąca donicą ozdobną danego przybytku.

Poza działką marzyliśmy też o psie. To marzenie spełniło się zaraz po tym jak wprowadziliśmy się do swojego mieszkania. 


Mieszkając na świeżo budowanym osiedlu, otoczonym wówczas gliniasto-błotnistym polem, działka wydawała się fajnym rozwiązaniem dla naszego włochatego niedźwiadka. Właśnie dlatego, już na wiosnę staliśmy się właścicielami dziwnie ukształtowanej, dwupoziomowej (!) działki nieopodal Parku Oruńskiego w Gdańsku. Przed nami było pełno pracy, aby doprowadzić tą ruinkę do stanu użytkowego. Szło nam opornie, bo oboje pracowaliśmy i w międzyczasie okazało się, że królowa Maria Magdalena jest w drodze na ten świat. 



Pamiętam jak moja mama przyjechała z siostrą w ramach wsparcia przy pieleniu. Pomoc siostry polegała głównie na przerzucaniu kiełby na grillu i pałaszowaniu kaszanki. (Była w ciąży, o której nikt łącznie z nią nie widział, więc ma wybaczone!). 


Kto tam nie pomagał!?! 

Najmłodszy szwagier leciał na widłach dzielnie. Mój siostrzeniec, który miał wtedy może z 10 lat, dłubał dziarsko grabkami...  No, nic... Minęło pół roku, a działka była nadal obrazem nędzy i rozpaczy.

Kolejny sezon otwieraliśmy już z Manią w wózku. Pewnego dnia Bartek zwrócił się do mojego siostrzeńca:

- Kacper! Jest wiosna! Wiesz co to znaczy? - zapytał mając na myśli to, że niebawem będziemy mogli wybrać się na ryby.
- Taaak, wiem... DZIAŁKA... - odpowiedział ze spuszczoną głową i załamaniem w głosie. 
Będę miała ta scenkę przed oczami do końca życia. Minęło tyle lat, a nadal mnie to wspomnienie bawi.



No właśnie, działka... Nadal kupa rzeczy do roboty, a czasu i rąk  do pracy brak. Byliśmy pochłonięci rehabilitacja Mańki i co dwa tygodnie jeździliśmy na zmiany gipsu na jej nóżce.  Nie było kiedy i komu robić.  Z dzieckiem ciężko było się tam dostać, bo przeszkodą okazały się strome i wysokie schody prowadzące na nasz mały koszmarek. Jak szybko ją kupiliśmy, tak szybko sprzedaliśmy mając w głowie: "nigdy, kurna więcej!".


Skoro "nigdy więcej" to why the fuck mamy teraz działkę?!?


Nie wiem ile czasu minęło od momentu sprzedaży naszej działki. Dziadkowie Bartasa postanowili w końcu odpocząć i przekazać swoją dumę kolejnemu pokoleniu. Niestety chętnych nie było więc jedyne co wchodziło w grę to albo my ją bierzemy, albo idzie na sprzedaż co wiązało się z ogromnym smutkiem i zapewne ze złamanymi sercami staruszków.

Tu nie było miejsca na negocjacje. Działka była w super stanie. Rzut kamieniem od domu teściów czyli zawsze po drodze. Wzięliśmy na siebie utrzymanie ogrodu w jak najlepszym porządku, a dziadkowie mieli pewność, że zawsze mogą sobie przyjść jak do siebie i zbierać co tylko chcą.

Trzeba wspomnieć, że działka dziadków to nie było byle co! Ogród zdobywał wiele nagród. Kiedy go przejmowaliśmy było w nim wszystko! Brakowało tylko złotego pociągu i bursztynowej komnaty. Były ogórki, pomidory, marchewki, seler, pietruszka, ziemniaki, fasola, agrest, porzeczki, truskawki, wiśnie, jabłoń, grusza i winogrona! Panie! Czego tam nie było?!? Nie można zapomnieć o kwiatach! Kwiecia przeróżnego, typowo działkowego było ful!

Dziadkowie dali zielone światło i powiedzieli "róbta co chceta". No ok! Pierwsze co zrobiliśmy to... pozbyliśmy się zyliarda kwiatów, które obrastały działkę dookoła. Planowaliśmy zmniejszenie ogrodu warzywnego i stopniowe "zatrawianie" terenu, tak aby Mania i Arisa miały więcej miejsca do biegania i do zabawy. 



Po ścięciu kwiatów doszły do nas sygnały, że babcia prawie zeszła na zawał, kiedy to pod naszą nieobecność przyszła na kontrol. Podobne sygnały dochodziły z każdym innym usuniętym elementem krajobrazu. No, nie oszukujemy się. Nie dalibyśmy rady prowadzić tego gospodarstwa rolnego!


W kolejnym roku działka wyglądała praktycznie tak jak chcieliśmy - czyli w większości była trawnikiem. Zaczęła się jazda, pt. szklarnia. Stary dzielnie ją budował. Spędził przy niej miesiąc. Więcej  czasu spędzał na działce niż z nami. Ja latając za Mańką nie byłam w stanie mu pomagać. Psa już nie było ma. Znaczy się jest na działce do tej pory, ale pod ziemią... RIP




Byliśmy dzielni, mieliśmy wizję i chęci! Tego roku wyhodowaliśmy: truskawki, ogórki, pomidory (małe, duże, bawole serca, brązowe, czerwone, żółte - do wyboru do koloru!), agrest, wiśnie, porzeczki, fasolę i oczywiście winogrona. Od siebie dodaliśmy cukinie (które wyrosły wielkości maczugi jaskiniowca), borówki, posadziliśmy czereśnie i dynie.

To był ostatni rok, kiedy jeszcze ogarnialiśmy to w pełni.







Rok później...

Mania już chodziła do przedszkola, ja wróciłam do pracy, Bartek potrafił po nocce pojechać i działać na włościach. Trzeba to było utrzymać w ryzach, bo dziadkowie przychodzili pod naszą nieobecność. Nie znaliśmy dnia ani godziny wizytacji, a nie mieliśmy ochoty wysłuchiwać lamentów, które wcześniej przechodziły przez uszy teściowej.



W tym roku powoli zaczęliśmy likwidacje. Agrest przyatakowało jakieś dziadostwo. Pozbywaliśmy się kolejnych krzaków, ku rozpaczy starszego pokolenia. Zmniejszyliśmy ilość warzyw. Wydaje mi się, że to był już rok 2015 więc zaczynaliśmy naszą żeglarską przygodę czyli więcej nas nie było niż byliśmy. Jak już jednak byliśmy to nie było to miejsce do wypoczynku tylko orka na ugorze. Koszenie, pielenie. Przykry obowiązek i zaczynaliśmy to odczuwać jako stratę czasu.


Jednak myślę, że to nadal był etap, kiedy Bartas kazał mi przycinać trawę nożyczkami, żeby była równa! Hahahahaha!


O, nie wspomniałam, że (kurna Olek!) mieliśmy za altaną dwa ule!  No, to jeszcze miodu trochę mieliśmy!

W tamtym roku zbieraliśmy jedynie pomidory, ogórki, winogrona i dynie, które wykiełkowały, bo nie usunęliśmy ich w poprzednim sezonie. No i mieliśmy swoje borówki. Porzeczki były przez nas wykorzystane ostatni raz... Na nalewkę. Dziadkowie zbierają je do tej pory i tylko z tego względu nadal egzystują.



Od 2016 ekspansja trawnika trwała w najlepsze.

Objęła większość działki. Jedyne co pojawiało się nowego to kwiaty, które posiadały właściwości odstraszające robactwo różnego rodzaju. Więcej czasu w wakacje spędzaliśmy na jeziorze. Na działkę przyjeżdżaliśmy zbierać to co pozostało i kosić trawę.  Bartas już tak nie zwracał uwagi na równość trawnika. Nożyczki zamienił mi na elektryczna obcinaczkę. Łuhuuuu!



2017

Byłam już w dość zaawansowanej ciąży z Kubą więc moja działalność na działce ogranicza się do jazdy kosiarką i leżenia w cieniu z książką.  W tym roku działka dostała nowe życie.!Życie nie byle jakie, bo rozrywkowe ( nie dla Starego, bo dla niego stała się obozem wiecznej pracy)!  

Dziadek Waldek zarządził trampolinę dla Mani! I to od razu konkretną! 3 metrowy kolos zajął część trawnika. 


Kolejne krzaki zaczęły znikać. 



W szklarni rosną jedynie chwasty. 


Truskawki istnieją, bo zapomnieliśmy się ich pozbyć. 

Mieliśmy wizję pergoli z róży, która pięknie rosła i już lada dzień mieliśmy nią opleść dach altany... Pewnego dnia przyszliśmy i ... Okazało się, ze dziadek był podczas naszej nieobecności, róża mu przeszkadzała więc ja obciął!


Jakoś tak fajnie się złożyło, że w 2017 było dużo zabawy, grille odbywały się dość często. Trochę przyjemniej zaczęło nam się kojarzyć to miejsce, ale to nie trwało zbyt długo. 





2018...

Moja działalność to, nadal, jedynie koszenie. Byłam zajęta Kubą. 


Częściej zostawałam w domu u teściowej, która mieszkała niedaleko.



Kolejne drzewo zostało zlikwidowane, bo zagrażało życiu dzieciodzików.

Szklarnia zarosła chwastami do takiego stopnia, że Stary zrezygnował z jakichkolwiek czynności na jej terenie.

Porzeczek nikt nie rusza.

Nic, poza nowymi różami do pergoli, się nie pojawiło.

Trampolina przeszkadzała w koszeniu więc została wkopana w ziemię.

Bartek przychodził, bo musiał...

Grill był odpalony dosłownie kilka razy.

Działka okazuje się być jedynie przykrym obowiązkiem. Tu przychodzi się jedynie po to żeby kosić i pielić. Mania woli zostawać u babci.

Podczas naszych wakacji na Mazurach dostajemy telefon, że zawór puścił.  Zalało 3 działki i piwnice sąsiada. Tragedia! Teściu z latarką biegł z odsieczą po naszym późnym telefonie.  

Pfff... Nie mamy już do tego serca. 

Bartas pierwszy raz przybąkuje, że gdyby nie dziadkowie to już by dawno to sprzedał. 

Pierwszy raz padają również hasła, tj: granat, bomba, miotacz ognia oraz równanie z ziemią.



2019.



Mamy aktualnie połowę czerwca. Na działce do tej pory byliśmy 4 (słownie: cztery) razy. Odstępy między tymi wizytami były tak wielkie, że ostatnio, aby przejść do altanki potrzeba było interwencji kosy spalinowej. 



Kuby nie było widać w trawie.  


Jazda na dwie kosiarki. 

W sumie ok. 10 godzin było potrzeba żeby dojść do ładu. 

Róży, którą podciął nam dziadek, już nie ma. Co jej się stało nie wiem, ale kiedy poprosiłam Bartka żeby mi podniósł podpórki żebym mogła skosić chaszcze, róża wyszła z podpórka... bez korzenia..  Czyli kolejny krzak - out!


Teściowie się przeprowadzili więc działka nie jest NIKOMU po drodze. 


Nie ma czasu. 



Nie ma serca. 


Nie ma cierpliwości.


Kuba jest aktualnie na wiecznej misji samobójczej więc jedno z nas musi za nim ganiać, bo Mania zajęta zabawą nie widzi głupkowatych pomysłów brata. Jeżeli nie jesteśmy w stanie działać we dwoje to praca idzie opornie. 


Rośnie frustracja. 



Ciśnienie jest na granicy wybuchu. 


Marzenie o tym, żeby ktoś zrzucił granat na działkę jest równie wielkie co wyjazd na żagle do Chorwacji.


Ostatnio oglądałam vloga na YouTube, w którym padły słowa, że działka jest super! Że co raz więcej młodych przejmuje RODy od emerytów! Że to super rozwiązanie dla rodzin, które mieszkają w miastach!  Jeszcze parę lat temu bym przyklasnęła tym słowom. W tej chwili stoję i pukam w się w czoło. 

Zastanawiam się czy tylko my jesteśmy w wiecznym niedoczasie i nie ogarniamy? Może to my robimy coś źle? Czy może za rok, kiedy Kuba będzie miał już trochę większy rozumek i nie będzie potrzebował nadzoru, powrócimy na właściwe tory?

Macie działkę? Taki typowy RODOS? Czy macie małe dzieci i RODOS i ta działka nie wygląda jak " POLE, POLE - DZIKIE POLE"? Jeśli tak - to jak wy to robicie?!?!?! czy jest opcja, że przychodzi się i odpoczywa, ale tak że wszyscy odpoczywają?



Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger