Śląsk - nasz pierwszy raz

Ale by mi się wróciło na ten Śląsk! - to zdanie pada kila razy dziennie, codziennie od chwili powrotu z naszego krótkiego wyjazdu.

Tak, to był nasz pierwszy raz w tym rejonie Polski. Kilka razy przejeżdżaliśmy tamtędy w drodze do innych miejsc. Tym razem wylądowaliśmy w tej uroczej krainie przez przypadek. Naszym głównym celem było Skalne miasto w Czechach, a w Bystrzycy Górnej ogarnęliśmy sobie "bazę wypadową". 



Na początku maja załadowaliśmy auto po dach. Rower, wielkości konia, na bagażnik. Bułkie w bibułkie i pomknęliśmy przed siebie. Zaliczając zylion postoi, bo siusiu, bo Mc Donald's na horyzoncie, bo kawka, bo gazik, dojechaliśmy w końcu w miejsce docelowe i rozpoczęliśmy szwędactwo. 


Zagórze Śląskie

Tu mieliśmy najbliżej i tu podziwialiśmy wszystko dookoła. Zapora wieczorową porą, jezioro opatulone mgłą, burza hucząca między skałami i wodą. Bardzo wiele poniszczonych, zazwyczaj opuszczonych domów. Ruiny zamku. Taki nietypowy klimat miała ta okolica. Najbardziej zachwycały nas te opuszczone, prawdopodobnie poniemieckie domy. Urzekły nas te widoki. Żartowaliśmy, że rzucamy wszystko i kupujemy taką ruinkę do renowacji. Będziemy mieszkać w tym pipidówku i poprowadzimy pensjonat. Takie śmiechy - hihy, ale to mogłoby być coś! 
Dobra, dobra... Pomarzyć można i na tym trzeba skończyć, bo powiedzmy sobie szczerze - kto o zdrowych zmysłach przyjeżdżałby do takiego domu wariatów na wywczas? Pensjonariusze ze skierowaniami od specjalisty od głowy, chyba!







Bystrzyca Górna

W Bystrzycy Górnej mieszkaliśmy w Chacie nad Sztolnią. To miejsce wyskakiwało mi namolnie przy każdorazowym wyszukiwaniu noclegu kiedy jeszcze planowaliśmy uderzać bardziej na Wrocław. Miejscówka mile nas zaskoczyła. Nie nastawiałam się na Bóg wie co, więc byliśmy mile zaskoczeni tym jak wygląda budynek. Natomiast ogród okazał się rajem dla dzieciaków, które biegały po placu zabaw i tarasie widokowym wieczorami. Ładny i czysty pokój, smaczne jedzenie -  Boziuuu, dawno nie jadłam takich dobrych pierogów! O Matko Bosko! Człowiek na diecie umiera, a w głowie teraz te pyszne pierożki z mięskiem i do tego piwerko czeskie...  
Mój syn malutki był zachwycony szczególnie łazienką, a precyzując dokładniej - bidetem. Pierun jeden wbiegał do kibelka z prędkością światła za każdym razem jak tylko wyczaił uchylone drzwi. Jeśli interwencja z naszej strony była zbyt powolna to "Kakuszek" kończył pod bidetowym prysznicem. Nie, nasze wyjazdy nigdy nie mogą być spokojne i normalne. Bo po co? 



Srebrna Góra

- Bartek, po jaką cholerę Ty ten rower montujesz na samochodzie i po co go wlec na drugi koniec kraju? - zadałam debilne pytanie, bo zapomniałam, że Stary ma nową pasję! 

Co tym razem wymyślił? Ano, wymyślił świetny sposób żeby się zabić! Enduro mu się zachciało... Wywlekł nas pod Srebrną górę żeby samemu mieć fun na trasach MTB, a nas zostawił w "bazie". Mania bardzo wchłania wszelkie pasje po ojcu... no niestety. Więc kiedy on szusował między skałkami i krzunami, Maniurka popierdzielała na wypożyczonym góralu po pump-trucku. Siłą wyciągnęłam ją na spacer, użyłam też super wychowawczej metody - przekupstwa i obiecałam hambuksa albo pizze z foodtrucka jeśli tylko łaskawie pójdzie ze mną połazić po okolicy. 




Zamek Grodno

Do tego zamku, a raczej jego ruin, mieliśmy dwa podejścia. Pierwsze - w dniu przyjazdu postanowiliśmy wycisnąć z wieczora ile wlezie i coś zobaczyć. Stary na upartego jechał autem po leśnej drodze, bo chciał zobaczyć zamek i koniec! Na szczęście się opamiętał, bo kurde niekoniecznie tam autkiem można. Drugie podejście zrobiliśmy po powrocie ze Srebrnej góry. Wystąpiło utrudnionko w postaci roweru na bagażniku. Chcąc nie chcąc Stary wprowadzał Manię na rowerze pod górkę, która momentami lekka nie była. Mi było ciężko z wózkiem, a co dopiero im na tym rowerze o wielkości konia!

Po doczłapaniu na miejsce zrezygnowaliśmy z wejścia za płatną bramkę. Ceny z kosmosu! Wejście do ruin, gdzie cała jest jedynie wieża i mur za cenę wejścia na zamek w Książu... A idź pan w pieruny. Zostaliśmy na ganku, zjedliśmy lody, wypiłam grzane winko, pstryknęliśmy zdjęcia, poczytaliśmy legendy i poszliśmy dalej... w poszukiwaniu czeskiego piwerka na wieczór.





Zamek Książ

Chyba każdy ma takie miejsce, do którego pragnie pojechać. Miejsce, o którym marzy, że kiedyś je odwiedzi. My mamy kilka takich miejsc, a jednym z nich był zamek Książ. Oj, nie pamiętam od kiedy mówiliśmy, że musimy tam w końcu pojechać. Teraz mieliśmy okazję, bo znajdował się blisko naszej trasy powrotnej. Nie było opcji, że nie zajedziemy! Maria miała na tą okazję przygotowaną kreację iście królewską. Postanowiła, że przyodzieje suknię i jak na prawdziwą księżniczkę przystało będzie tak zwiedzać włości!

Pech chciał, że przyjechaliśmy w trakcie majówki. Całkiem nam z głowy wyleciało, że wracamy 2 maja i że na milion procent ludziów będzie jak mrówków! Kiedy zobaczyliśmy kolejkę DO KASY ręce nam opadły i byliśmy gotowi zrezygnować z wejścia. Zapewne gdyby nie pani z obsługi, która kazała iść nam do kasy pierwszeństwa, obrócilibyśmy się na pięcie i pojechali przed siebie. Te dzieciaki czasem się na coś przydają jednak! 
Trafiliśmy na festiwal kwiatowy. Komnaty i korytarze zamku były wystrojone wymyślnymi kompozycjami kwiatowymi. Przechodziliśmy przez dżungle i las. Kompozycje były inspirowane różnymi filmami/bajkami. Inspiracji Avatarem nie zrozumiałam, albo nie jestem po prostu otwarta na sztukę florystyczną i tyle. Nie wiem, nie znam się, ale wszystko ładnie wyglądało. Zabrakło nam czasu na spokojne zwiedzanie ogrodów. Najwyżej pojedziemy tam ponownie, w terminie, który nie nakłada się na żadne święta i długie weekendy.








Moja mała myszka tak pięknie podsumowała tą naszą wyprawę: 
"Bardzo podoba mi się ten wyjazd! Tyle wspaniałych rzeczy mnie tu spotkało!"
Nic więcej mi nie potrzeba. To jej szczęście jest tak piękne, że zamazuje każdy foch i histerię, które wystąpiły po drodze. Dla takich momentów warto zabierać te bąki ze sobą. Samochód czeka na kolejne rumuńskie pakowanie i kolejną przygodę, która nas czeka już za miesiąc. Ponownie pomkniemy na drugi koniec Polski. Ponownie z rowerem uwieszonym na bagażniku. Ponownie ruszymy po kolejną porcję wspomnień!



Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger