Chwila dla siebie.

28 stopni, hamak, gazeta, cień, cisza i spokój. Kuba śpiący obok, w wózku. Mania z tatą na kajakach. Uspokajający szum drzew. Już 2 godziny tak leżę.
Jedyne ruchy które wykonuje to bujanie hamaka nogą i przewracanie stron w gazecie. Czasem odgonię muchę lub osę. Trochę mi z tym dziwnie, ale było bardzo potrzebne.


Mały gościu pochrapuje smacznie, trzeba odespać kolejne dni pełne przygód oraz noce, które w teorii powinien przesypiać jak ta lala, ale koguty o 5:40 jednak wybudzają, wiejskie psy wyją jak wilki do księżyca, a krowy w środku nocy próbowały wyważyć drzwi od stodoły - jakby nie było to nie są idealne warunki do spania, a do tego obce łóżko.
Leżymy tak z prezesem i chillujemy. To ostatnie chwile na Mazurach. Plan na resztę dnia dość napięty więc ładujemy akumulatory pod jabłoniami mając nadzieję, że żadne z nas nie dostanie w łeb spadającym jabłkiem.

Przerzucam kolejne strony pierwszej lepszej gazety capniętej na szybko w wiejskim sklepiku. W środku pisma - jesień. Dookoła pełnia lata. Coś mi zgrzyta, ale jednak sierpniowe wiatry i osypujące się gdzieniegdzie liście mówią, że faktycznie zbliża się mój ulubiony jesienny czas. Jest błogo, jest pięknie. Brakuje mi tylko kawy w ręku. Nie ma tak dobrze, albo słodkie lenistwo na hamaku i zasłużony odpoczynek dla kręgosłupa, albo pyszna kawusia, którą trzeba zrobić w kuchni na piętrze po odczekaniu nieskończoności aż wiejski czajnik łaskawie zagotuje wodę. Jeśli teraz  wstanę spełniać kofeinowe marzenie, okraszone mlekiem prosto od krowy, to na bank już się nie położę do wieczora. Na 100% gościu się w tym czasie obudzi i tyle będzie z wypoczynku na dziś. Odpuszczę, poczekam na powrót reszty bandy i wypije z Bartaskiem.

Leżę jeszcze chwilę i spoglądam na umorusane girki, które dzielnie przemierzają trawiasty teren. Nóżki całe czarne, zmęczone ćwiczeniami i ciągłymi próbami wstawania bez podparcia. Cieszę się tą drzemką, bo jestem umordowana wiecznym lataniem i pilnowaniem żeby się nie zabił. Wystarczy, że będzie wracał do domu z pokaźnym guzem na czole i siniakiem na policzku - taka pamiątka z agroturystyki... A raczej z bliskiego spotkania trzeciego stopnia z drewnianą podłogą.

Spoglądam na zegarek, zaraz zacznie mijać 3 godzina nieróbstwa totalnego. Cisza poszła w niepamięć, bo obok Pani gospodyni szykuje ognisko na wieczór i łamie kolejne gałązki. Kucyk Basia parcha, prycha i rży za płotem. Kury zaczynają hałasować i są co raz głośniejsze. W brzuchu zaczyna burczeć.

Jeszcze tydzień z kawałkiem i takie chwile dla siebie wrócą do porządku dziennego. Mania pomaszeruje do szkoły, a ja odzyskam porządek, trochę ciszy, trochę spokoju i może uda mi się ( jeśli prezes będzie łaskaw współpracować i nie próbować się zabić na każdym kroku) jakoś sensownie zorganizować czas.

Tym czasem, rozkoszujemy się ostatnimi dniami lata. Już przy najbliższej okazji dziadek odśpiewa nam swoje coroczne "skończyły się wakacje, opustoszały plaże...". Idzie jesień, moja ulubiona pora roku, mój najlepszy czas!


Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger