6 miesięcy później...

Już ponad pół roku jest z nami. 6 miesięcy, które przeleciały w mgnieniu oka. 26 tygodni okraszonych bezzębnymi uśmiechami, wesołym gruchaniem i gulganiem, kilka ataków kolki, zapalenie oka, zapalenie płuc i bitwa z alergią pokarmową. 
Przed porodem wiele razy zastanawiałam się jak to będzie z 2 dzieci(no, ok... czasem mam wrażenie, że z 3...)? Jak Marysia będzie reagowała, czy będzie pomocna, a może jednak zazdrosna? 



Jak jest? Jak wypadły oczekiwania vs. rzeczywistość? 

Myślę, że jest lepiej niż przewidywałam. Marysia jest najlepszą siostrą pod słońcem. Jej opiekuńczość i miłość wylewa się na Kubę z wielką siłą każdego dnia. Jest tak zapatrzona w małego, że potrafi być agresywna jak ktoś niepożądany za bardzo zbliży się do małego lub może w jakiś sposób doprowadzić go do płaczu. Można się z tego śmiać tak jak w chwili, gdy podczas ostatniego wodowania jachtów Kuba przysnął, a na przystani żeglarze rozpoczynali sezon podnosząc banderę i jednocześnie dzwoniąc dzwonkiem... 

-O NIE! Oni obudzą Kumbutka! - zdenerwowała się moja dziewczynka i z piorunami w oczach ruszyła w kierunku chłopców, którzy "dzwonkowali".
-Przestańcie hałasować! Tam śpi mój brat Kuba! On ma tylko 5 miesięcy, a wy go zaraz obudzicie i będzie afera! - po czym odwróciła się na pięcie i wróciła do dzikiej zabawy z kolegą.
Starszy Pan prowadzący ceremonię otwarcia sezonu przejął się niemożliwie i od razu podbiegł dopytywać się czy mogą "dzwonkować" dalej i czy faktycznie brata Kubę obudzą?  

Kuba miał całe to zamieszanie głęboko w poważaniu i spał w najlepsze. W takich momentach można się pośmiać. Jednak, gdy w autobusie dziewczynka z wózka obok próbowała capnąć Kubę za stópkę i tłukła rączką w budę nad głową małego, w Mańkę wstąpił szatan! Nie dość, że zwróciła tatusiowi dziewczynki ostrzegawcze spojrzenia i mało delikatnie zwróciła uwagę, że nie pilnuje swojego dziecka, to na dokładkę zaczęła WARCZEĆ na delikwentkę niczym pit bull szykujący się do ataku. Musiałam przestawić ją na drugą stronę wózka i zablokować przejście.

Oprócz tego, że Mania okazała się być najlepszym bodyguardem na świecie, jest też najczulszą opiekunką. Gdy mały robi się marudny, siada koło łóżeczka i z namaszczeniem śpiewa kołysanki. Nie są to kołysanki, które wszyscy dobrze znamy. Mania jest mistrzynią freestyle'a i nie czuje kiedy rymuje. Każda kołysanka jest inna, ale zawsze zaczyna się od słów: "Śpij maluszku...".

Maria jest na wiecznym czuwaniu. Ratuje gdy smoczek wypadnie z buzi, ratuje gdy dzikie nóżki blokują się między szczebelkami podczas kulania się po łóżeczku. Odkąd Kuba je (jak to moja siostra powiada) "jedzenie dla ludzi" muszę mieć oczy dookoła głowy, bo chwila nieuwagi wystarczy na to żeby kromka chleba znalazła się w rączkach chłopaczka. Wystarczy, że nie patrzę przez sekundę, a łyżka z rosołem już jest w buzi małego mężczyzny. Moja głowa jest pod prysznicem, a gdy ją podnoszę widzę Kubę z flaszką wody w buzi. Kiedy Kuba miał, nie wiem... pare tygodni Mania chcąc szybko interweniować, bo wiadomo - głód, dorwała butelkę z mlekiem i zaczęła karmić małego. Wspaniale zareagowała, ale problem polegał na tym, że tą butelkę zaaplikowała leżącemu na płasko noworodkowi...

Siostra pomaga, chroni, dba. Wybiera ubrania, sama potrafi przygotować wszystkie niezbędne kosmetyki i smarowidła specjalistyczne dla delikatnej skóry małego alergika. Przygotowuje wózek do wyjścia, wkładając gałgana i zawsze (!) jakąś cacuszkę. Chwali się młodszym bratem przy każdej okazji. Nie może się doczekać, aż w końcu oboje będą spać w jednym pokoju. 

Czy przy drugim dziecku jest łatwiej?

-Weź obczaj, jak inaczej jest przy Kubie! Czy Ty wyobrażasz sobie żebyśmy we dwoje byli jednocześnie w łazience przy Mani?!?- słusznie zauważył Stary, któregoś wieczora. 

Faktycznie jest inaczej. Jest łatwiej - to na pewno. Nie chodzi nawet o doświadczenie. Z Mańką było o tyle trudniej, ze urodziła się z chorą nogą i pierwsze miesiące jej życia kręciły się wokół gipsowania nogi co dwa tygodnie, operacji stopy i rehabilitacji z ortezami. Do tego kolki atakowały ją intensywnie i ratunek przyniosły dopiero słynne kropelki wiezione dla nas z Niemiec przez znajomych teściów. 

Przy Mańce przechodziłam okrutny baby blues, o którym pisałam dawno temu tu: KLIK.  Przy Kubie od początku byłam w świetnej formie. Po porodzie latałam jak głupia, siedziałam po turecku ze szwami na tyłku, wiedziałam co z czym i jak "się je". Nie bałam się podchodzić do młodego, nic a nic. Jedynym problemem na początku naszej wspólnej drogi było to, że przez ponad miesiąc byłam chora. Od dnia poprzedzającego poród, aż do Sylwestra. Momentami gorączka ścinała mnie tak mocno, że nie czułam dziecka, które trzymałam na rękach i karmiłam w danym momencie. Chora byłam ja, potem rozłożył się Stary, a na końcu Mania poległa z zapaleniem oskrzeli. Jakim cudem młody nic wtedy nie podłapał? Nie mam pojęcia! Poległ dopiero w marcu. Zaczęło się od zapalenia oka, a skończyło na zapaleniu płuc. 

Pamiętam  jak Mania miała pierwszą gorączkę... Stałam i płakałam z bezsilności. Byłam sama w domu i nie wiedziałam co i jak robić. Przy Kubie miałam i zapas w apteczce i jakąś tam wiedzę i termometr, którego nie trzeba było wsadzać w pupę! 

Jakoś przy tym małym człowieku wszystko przychodziło łatwiej. Pierwsza kąpiel, pierwszy spacer, pierwsza choroba... Gorzej jest natomiast przy szczepieniach i początek rozszerzania diety też okazał się cięższy. 
Mania szczepienia zazwyczaj przesypiała, Kuba podnosi taką syrenę, że trzęsie się całe osiedle. Wyjście na kolejne wizyty szczepienne są dla mnie tak stresujące, że kręci mi się w głowie na samą myśl. Tym razem idzie Stary... ja dziękuję- postoję. 
Przy rozszerzaniu diety Marysi było łatwo. Młoda chłonęła wszystko i wszędzie. Widziała jedzenie i telepała się z otwartą buzią żeby jak najszybciej ją nakarmić. Z Małym nie jest tak łatwo. Raz, że jest alergikiem, dwa... wprowadzanie pokarmu stałego trwało 2 miesiące zanim z chęcią zabrał się za szamanie. W chwili obecnej jak tylko widzi jedzenie, tak jak swoja siostra, trzęsie się z niecierpliwości. Wcześniej podanie jakiegokolwiek owocu kończyło się pluciem i rzygiem na odległość budzącą ogromny szacunek, albo blokadą małych ust tak skuteczną, że jej zniknięcie było możliwe jedynie poprzez podanie flaszki z pseudo mlekiem. Obecnie jest na najpaskudniejszym na świecie Nutramigenie. Lekarka zadecydowała, że w przyszłym tygodniu będziemy wracać do Bebilonu Pepti, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Czego najbardziej się obawialiśmy?

Kolek! Zdecydowanie najbardziej obawialiśmy się tych dzikich ataków jak u Mani. Na całe szczęście, poza 3-4 atakami, ta wątpliwa przyjemność nas ominęła. Nawet przy tych pojedynczych przypadkach nasza cierpliwość okazała się jeszcze lepsza jak przy jednym dziecku. Przy Mani ogarniała nas niemoc, denerwowaliśmy się przy każdym objawie zbliżającego się ataku płaczu. Przy Kubie? Okap, termos, suszara i zapas kropelek- raz, dwa, trzy i po problemie.

Cierpliwość z gumy!

Przy pierwszym dziecku człowiek dziwi się jak bardzo cierpliwy potrafi być. Przy drugim, tak jak w naszym przypadku, osiąga kosmiczny poziom cierpliwości, którą wykończyć może tylko opętanie dzieci przez szatana. Zdarza się rzadko, ale zdarza, że ta cierpliwość jest wystawiona na ciężką próbę. Mania wykończona do granic możliwości staje się nieznośna. Nawet święty by nie wyrobił. Egzorcyzmy Emily Rose wersja Borkowo. Jak o tym myślę, to mi słabo... przechodziłam to wczoraj... Zmęczone dziecko to zło, a jak drugie zaczyna na dobitkę kwilić w duecie- ratuj się kto może!

Logistyka

Z Manią było lekko. Prawie 6letnia dziewczynka jest bardzo samodzielna i ogarnia wszystko dookoła siebie. Kiedy pojawił się Kuba nasza logistyka trochę podupadła. Pierwszy miesiąc minął nam pod znakiem ogarniania. Żeby gdzieś wyjść, musieliśmy szykować się 2 godziny wcześniej. Pół biedy jak jechaliśmy autem... Najgorzej było, gdy musiałam odprowadzać Manię do przedszkola. Bez Starego, bez auta... Zima, beznadziejna pogoda, miliony warstw do ubierania, noworodek i droga do przedszkola. Normalnie takie wyjście zajmowało 20 minut. Przy Kubie... musiałam wstawać 2 godziny wcześniej i wychodzić 30 minut wcześniej. Przy brzydkiej pogodzie droga do przedszkola jest dłuższa, trzeba iść dookoła, bo nie ma szans na przejechanie wózkiem przez skrót, który po deszczu zamienia się w bagna. 
Teraz jest już prawie jak przed pojawieniem się Kuby. Zwijamy się w przyzwoitym tempie, jednak zazwyczaj mały postanawia sabotować wyjście zrzutem balastu na 5 minut przed czasem wyjścia. Wiosenna pogoda również sprzyja, bo nie trzeba ubierać kolejnych ciuchów i walczyć z kombinezonami.

6 miesięcy!

To już pół roku odkąd Buła jest z nami. Jest bardzo pogodnym maluszkiem. (Jeszcze) Bezzębny uśmiech wpływa pozytywnie na wszystkich. Jego blablanie przepowiada, że będzie gadułą na poziomie swojej starszej siostry. Chłopaczek zaczyna już siedzieć, pięknie je, gruchanie zamieniło się już w gadanie. Wszelkie "Bfff-y", "Pfff-y", "Gyh-y" zamieniły się w "Ba-ba", "Bla-bla", "Bu-ba".   Pierwsze dwa zęby są w fazie ostatecznego ataku, mała dupcia buja się ostro i przygotowuje do pełzania. Gruby klusek niebawem zamieni się w pełzaka i  zostanie tylko wspomnienie po pulchnym bobasku. 

Początkowe zmagania z asymetrią głowy i słabszą lewą stroną twarzy są tylko średnio fajnym wspomnieniem. Mały rozwija się książkowo i cieszymy się z każdego kolejnego wspólnego dnia.

Ze spaniem nie jest najgorzej. Chociaż do siostry i jej 12 godzinnym maratonów mu daleko, to jednak da czasem pogarować do 10. Najwcześniej wstaje o 8 więc tragedii nie ma. 

Kolejne pół roku będzie pełne zmian. Ciekawe czy zwiększenie mobilności Kuby wpłynie na zachowanie Mani? Ciekawe czy dalej będzie taka cierpliwa? Na razie jest pięknie. Kłótnie ich nie miną, to jest pewne. Na razie ich wspólne chwile to obraz ociekający rozkoszą, obsypany cukrem pudrem i różowymi cukierkami.



Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger