Zapiski stanu poważnego

29 tygodni za mną. Jeszcze 11 do przekulania się. To już ten czas kiedy wszystko robię w tempie godnym żółwia. To już ten czas kiedy do wykonania każdej czynności muszę się zmuszać. To już ten czas kiedy raduję się z pochmurnych, deszczowych dni. 7 miesięcy było całkiem ok, kolejne 3 to będzie walka. Walka samej ze sobą o każdy bardziej żwawy krok, o każdy sprawniejszy ruch, o chęć wyjścia do ludzi i o chęć do wykonania jakiejkolwiek czynności.



Nie chce mi się.

Tak szczerze, nie chce mi się nic. Najchętniej zakopałabym się w betach i tak sobie poleżała. Niestety nie da się. Brzuch i biodra nie dają żyć. Wchodzę w etap kiedy zaczynam się sypać. Sen już nie przychodzi tak lekko. Wręcz przeciwnie, siedzę do 3 w nocy i chociaż jestem zmęczona to nie mogę odlecieć do krainy snów. A to siku, a to biodro boli, a to Dżastin kotłuje mi się w brzuchu, a to za gorąco, a to miliony myśli  na sekundę, a to łapie mnie bezdech, bo jednak przysnęłam... na plecach. Do piachu ze mną! Każdej nocy jest ten sam schemat. Ciężko zasnąć, jak zasnę to się przebudzam po chwili, o 4 następuje przerwa i do 5 leżę i czekam aż mały przestanie się wiercić.

Dieta na etapie III trymestru.

Raz jest lepiej, raz jest gorzej. Według dzienniczka ponad 120 dni na diecie. Startowałam z poziomu 1500 kcal. Aktualnie walczę sama ze sobą na poziomie 1200 kcal. Dietetyk zasypuje pochwałkami i kibicuje mi ostro. Jeszcze 2 wizyty kontrolne i podobno w 9 miesiącu da mi w końcu żyć. 29 tydzień, 7 miesiąc - 0kg na plusie. Bez bicia przyznaję, że nie trzymam się drastycznie diety, nie tak ja w pierwszych 3 miesiącach. Bartek też przestał być Cerberem. Sam przyniesie wafelka kiedy widzi, że mam zły dzień. Nie furka kiedy teściowa podpycha mi pod nos pyszności. Na drastyczności przyjdzie czas w przyszłym roku. Pilnując się co do grama, dzień w dzień dostawałam pierdzielca. Bolała mnie  głowa, były dnie, kiedy czułam się beznadziejnie. Młodemu nie wystarczało najwyraźniej. Dlatego teraz kiedy czuję, że mam ssanie, że mam potrzebę tego pieruńskiego wafelka czy chce mi się tego cholernego sandacza w sosie kurkowym to  po prostu to jem! 

Ups & downs

Wiadomo jak to w ciąży jest. Są dni dobre, są dni beznadziejne. Generalnie czuję się dobrze. Jeśli mogę tak napisać - czuję się lekko (haha! ciąża i lekko!) Wręcz zapominam, że jestem w ciąży! Przypominam sobie dopiero w chwili kiedy nadzieje się na coś brzuchem lub gdy kolejny raz uderzam brzuchem w głowę Mańki stojąc za nią... lub gdy próbuję założyć buty. Nie tylko ja zapominam! Bartas też daje popis próbując, np. wciągnąć mnie na snopek siana do zdjęć. 

Syndrom wicia gniazda

Dopadł mnie już jakiś czas temu. Moja tablica na pintereście z dnia na dzień ostro się powiększa. Stary, który ma na nią wgląd załamuje ręce i na każde moje "Barteeeek, a możee...?" z automatu wykrzykuje "NIE!". Mańka odlicza dni do momentu rozpoczęcia remontu, który zbliża się wielkimi krokami. Pomaga mi w wyszukiwaniu inspiracji i idzie jej to wybitnie wyśmienicie. W wieku niespełna 5 lat mieć takie poczucie estetyki to na prawdę coś. Sama potrafi wpaść na coś fajnego i stara się przedstawić gdzie by to widziała w pokoju. Kolory wybierała ze mną, motyw gór na jednej ze ścian wymyśliła SAMA! Sama też wpadła na pomysł literek z inicjałami i pełnymi imionami wypisanymi mniejszą czcionką na tychże literach. 
Kołyska czeka na odmalowanie, ciuszki czekają na pranie, powoli czas się ogarniać. Ostatnia prosta przed nami.

Czas leci jak głupi! Zaraz skończę 7 miesiąc, a dopiero co widziałam te dwie kreski na teście. Jeszcze tylko rewolucja remontowa i będę zwalniać obroty na serio. Koniec z wiecznym łażeniem, jeżdżeniem czy pływaniem. To już ostatnie chwile, które mogę w pełni poświęcić tylko i wyłącznie Mańce. Trzeba to wykorzystać na maxa. 


Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger