Zamartwiaczka

Im bliżej listopada to co raz bardziej zaczynam trząść portkami. Nie wiem czy to skutek uboczny tej ciąży czy faktyczny stan psychiczny, ale Stary twierdzi, że co chwilę znajduję sobie kolejny powód do zamartwiania się. 



Rzeczywiście, od jakiegoś czasu tak jest. Zamartwiam się o wszystko. Jak się martwię to się stresuję, jak się stresuję to nie śpię, jak nie śpię to mogę kogoś niechcący zabić. Ogólnie rzecz biorąc - słabe to jest.

Nie zwracałam na to uwagi do momentu jak poszłam na pierwsze USG. "A co jeśli nie będzie stukało serce?" - to było moje zmartwienie numer jeden do czasu jak młode zaczęło skopywać mi flaki. Teraz moja głowa jest lżejsza o tą kwestię, bo mam inne oznaki, że gościu ma się spoko, ale wtedy w marcu... Jak tylko taka myśl się pojawiła to z bomby zrobiło mi się słabo. Na badaniach byłam sama, bo wyszłam z pracy w pełnej konspirze. Przed gabinetem czułam, że moja twarz piecze, bez lustra wiedziałam, że jestem czerwona ja burak, nogi miałam jak z waty, a ręce mi latały jakbym właśnie przechodziła atak padaczki. Głowa mi pękała do momentu, aż w końcu z głośnika zaczęło stukać. Jeszcze jadąc do biura czułam żar na twarzy. Luz, mogło się przytrafić. Zaczęłam się nad sobą zastanawiać po kolejnym takim ataku pod gabinetem USG w szpitalu, gdzie czekałam na badania prenatalne. Znowu to samo -  żar na twarzy, drżące ręce, nogi z waty. Jednak w chwili kiedy zaczęło mi się kręcić we łbie i ciemność zaczęła mi przysłaniać świat nieźle się wystraszyłam. Na miękkich nogach szłam przez większość drogi powrotnej do domu. Więcej na badania sama nie idę, albo mam wsparcie na poziomie mesendżera z jakąś dobrą duszą po drugiej stronie ekranu. 


Po odbiorze wyników zrobiło mi się lżej, ale znalazłam sobie inne pole do zamartwiania się. Mańka od kwietnia miesiąc w miesiąc wyjeżdża na wycieczki z przedszkolem. Dwie pierwsze, kiedy bąki jechały PKS-em do Gdańska, doprowadziły mnie do stanów przedzawałowych i najczarniejszych wizji w postaci dzieci wpadających do Motławy lub wbiegających pod autobusy w centrum. Jak odbierałam grzyba z przedszkola to prawie ją dusiłam na przywitanie i sprawdzałam czy żadnej części ciała jej nie brakuje. Kolejne autokarowe przeżyłam tylko na lekkim stresie, a jedyną wizją zagłady był autokar w poślizgu. Stara się zamartwia, a dziecko z ziomkami bawią się w autokarze w najlepsze przyśpiewując sobie przy tym... kolędy! 

Jak nie mały Dżastin w brzuchu, jak nie Mańka to można się jeszcze pomartwić nad losem Starego przecież! Za to zbieram bury jak tylko jakąś moją wizję przedstawiam na głos. Najpierw marudzenie, że czym ja się przejmuję i co ja wymyślam, a potem ostro puka się w czoło żeby dosadnie pokazać mi co on sobie na mój temat myśli. 

Co ja się o niego strachać mogę? A mogę i mam wszelkie podstawy, aby to robić. Bo to jest człowiek z typu tych co durne pomysły i dziwne przygody mają. A miał przed sobą rejs do Szwecji w równie dziwnym i durnowatym towarzystwie więc czerwona lampka świeciła mi się w głowie już od końcówki kwietnia. Jak w maju sypnęło śniegiem to było dla mnie z górki. Wizja sztormu stulecia na Bałtyku! A jak ten oszołom wypadnie za burtę (wypadł, ale na Wdzydzach i złamał palca, więc coś w tym jest)? A jak, kuźwa, jakimś cudem, choćby z kosmosu, na ich drodze lodowiec się objawi? Matko i córko! Dobrze, że mesendżer ma opcje kontroli na wizji, bo sam telefon to by było dla mnie za mało. Wrócił cały, ale w lipcu podbijamy znowu Wdzydze.  Zatem od początku czerwca miałam kolejny problem w głowie. Jak on sam przepłynie tym jachtem całe jezioro, a ja mam siedzieć w tym czasie na domku? Po tym jak swoje wątpliwości przedstawiłam na głos zostałam zagłuszona pukaniem w czoło. Trzy noce kminiłam co z tym fantem zrobić. Mając przed oczami ubiegłoroczne przechyły grozy, pamiętając jak wiatr potrafi momentami pizgnąć wyrywając linki z rąk to tak trochę ciężko było mi spać. Dlatego wykminiłam, że chcą czy nie chcą będą płynąć we dwoje ze szwagrem. Nie mam pojęcia jak to wszystko będzie logistycznie rozwiązane, mam to w szczerze i głęboko w dupiu! Sam nie popłynie i koniec kropka, siku w majty! 

Te jachty mnie psychicznie wykończą, bo przecież jak ostatnio jechaliśmy to miałam mroczki przed oczami na samą myśl o tym, że z Mańką mamy podpłynąć łódką do jachtu i go doholować z boi do pomostu! Ja się cieszę, że nie widziałam jak mi Stary pod wodą znika jak wyleciał z łajby, bo bym trupem tam na pokładzie padła! Sam chlust i widok falującej wody sprawił, że się lekko spociłam.

Sądzę, że powinien się dziad cieszyć tym moim przejęciem o jego los, bo to chyba jeszcze o jakimś głębszym uczuciu świadczy. Ale on wie swoje i najchętniej wrzuciłby mnie na tylne siedzenie opla i wywiózł na sygnale do placówki na Srebrzysku co by mnie tam poobserwowali oraz wystroili w białą bluzę z rękawami wiązanymi na plecach.

Poza zbliżającymi się wakacjami na łajbie mam kolejny powód do popadania w psychozę. Poród Mańki stoi mi przed oczami. Tak... boję się porodu! Ja się nie boję nieprzespanych nocy, dwójki dzieci na stanie, całego burdelu, który jest związany z małym człowiekiem w domu. Ja się boję tej rzeźni! Jeśli to ma wyglądać podobnie to lepiej niech mnie uśpią i wycisną gościa jakoś, bo nie wiem czy ja z tego wyjdę kolejny raz bez szwanku. 

Stres ma ok. 119 synonimów. Dziennie znajduję tyle samo powodów do podniesienia sobie ciśnienia do stanu, w którym mam mroczki przed oczami i kręci mi się we łbie. Hormony blazują mi mózg. Ciąża niszczy.

KONIEC.




Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger