A komary w dupę tną!

Środa.
Dzień jak co dzień. Idę przed siebie pchając kosiarkę po działce, setny raz w przeciągu miesiąca. Stary grzebie w grządkach. Wrócił w sobotę z tygodniowego rejsu i wygląda jakby mu jeść nie dawali przez ten cały czas. Idę dalej i się zastanawiam: ile jeszcze ten chłop wytrzyma zanim poniesie go znowu na wodę? Moje rozmyślania i kontemplację dudniącego w działkowym radyjku disco polo przerywa Bartek:

-Mamy wolny weekend razem! Jedziemy na jacht na Wdzydze?

Ło! Poszło szybciej niż myślałam! Co mu będę bronić? Wiem, że to lubi. Mańka z resztą też. Upewniłam się tylko milion razy czy nie będzie piździeć i się zgodziłam.



Piątek.
Już w drodze zaczęłam się stresować. Bo jak my ściągniemy jacht z boi? Holując z Mańką na łódce? A jak ja się tam w koi zmieszczę? A jak jednak zacznie piździeć? Nadal mam przed oczami moment, kiedy prawie wyleciałam w zeszłym roku za burtę (Jak było rok temu przeczytasz i zobaczysz na filmie tu). A jak na koi zaczął łazić pająk wielkości krowy, którego ni cholery nie mogłam zatłuc Mańkowym adidaskiem to noc miałam z głowy, bo co jak następny wylezie i wejdzie mi do paszczy podczas snu? No co, ja się pytam?

Dotarliśmy, doholowaliśmy jacht do pomostu, przerzuciliśmy bagaże, Stary zaczął przygotowywać cumy, cumki, linki, Maria zażyczyła sobie sesję zdjęciową i po 2h byliśmy gotowi do drogi. Mama w niebie chyba wysłuchała wszystkich moich modlitw i nad nami czuwała, bo wiatru nie było wcale... Flauta taka, że Bartek zamienił się w gondoliera żebyśmy dotarli gdziekolwiek. 



Wieczorne ognisko, chmary komarów, z którymi walczyliśmy wszelkimi psikami świata, pochodniami i kadzidłami. Ciężka noc spowodowana wizjami pająków łażących po mnie i Mani, wieczna potrzeba siku, utrudnione możliwości obrotu cielska. O Boniu, Boniu... 

Sobota.
Z rana obudził mnie odgłos ciężkiej wichury. No, nie! Będzie strachowsko! - pomyślałam sobie w duchu. Jednak do czasu wypłynięcia wiatr ucichł, zaczęło padać, przeszła burza. BURZA! Podczas której nie można na jachcie zbliżyć się do niczego metalowego! A tam wszystko metalowe! Wszystkie barierki, MASZT! MASZT, który wchodzi pod pokład i znajduje się koło głowy Mańki! Aaa! 

Stary okazał litość ze względu na fakt, że stres w moim przypadku niekoniecznie jest wskazany.  Podpłynął do brzegu. Burza jak przyszła tak poszła. Czas na rybę, kąpiel, uzupełnienie zapasów antykomarowych i oczywiście gofra dla Mańki. Ale, ale! Nie może być tak łatwo! Jak to Mania powiada: UTRUDNIONKO! Stary wypadł z jachtu pod wodę, w opakowaniu. Nie no, kurde... Nie może się obyć bez niespodzianek. Nie w naszym przypadku. Po prysznicu za 5zł stałam z suszarką i suszyłam kurtkę Bartka. Dziękuj chłopie za taką kochaną żonę i sobie za wspaniałomyślność podczas ostatniego zakupywania mi porządnej suszarki! Miałeś w czym chodzić dzięki tej kombinacji



Kolejny wieczór upłynął nam w dość niezwykłym towarzystwie. Kolega Starego z brygady (lat 58) oraz jego znajomi 3 x 50+. O Panie! W życiu bym nie pomyślała, że to kółko emeryckie potrafi plotkować jak baby na targu. Ile ja się przez nich naśmiałam to moje. A ile nacierpiałam! To też moje. O wiele lepiej pływać i ogniskować z rodziną, bo w razie siku odchodzi się poza światło bijące od ogniska i do roboty. A przy dziadkach? Cholera, trochę się nałaziłam do ciemnego lasu. W tym lesie, tak jak w tytule posta i w ulubionej pieśni Maryśki: KOMARY W DUPĘ TNĄ! Dawno nie byłam tak pożarta. Jednak Panowie mają winy odpuszczone, bo rozbawili i dali towarzystwo Bartasowi kiedy ja skapitulowałam (człowiek śpiączka w akcji!). Dodatkowe plusy, Panowie drodzy, załapali w moich oczach za umilanie czasu Marysi. Widok chłopów w wieku 50+, którzy krzątają się po łące żeby pozbierać kwiatki i wręczyć je Mani - BEZCENNE! ♥ 

Niedziela.
Kolejnym bezcennym widokiem był ten o 4:30 z rana. Kiedy przegrałam walkę między potrzebą snu, a potrzebą siku. 


Jedyne co zaburzało spokój krajobrazu to warkot chrapiących dziadków, po  wieczornej wódce, w jachcie obok. Chrapanie to niosło się po horyzont, a ja krztusiłam się ze śmiechu kulając się na naszą łajbę.


Śniadanie na polanie, kółko emeryckie grające w rzut podkową w tle. Słońce miło grzeje, wiatru zero, kawusia w kubełku. Było miło, ale się skończyło. Patrząc na wiatr, którego praktycznie nie było czekało nas pół dnia płynięcia. Wypłynęliśmy o 12, do mariny dotarliśmy grubo po 17, a całą drogę sterowałam ja! Tak, tak! Jacht ani razu się nie wywalił, sama sterowałam i sama ciągałam sznurki od żagli. Nie zmienia to faktu, że średnio za żeglowaniem przepadam, a czeka mnie jeszcze przynajmniej tydzień  na jeziorach w niedługim czasie. 

AHOJ!










Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger