Nowy czas

Skrucha

O tym jak długo mnie tu nie było świadczą nie tylko osiadły kurz i pajęczyny zamieszkane przez tarantule. Nie było mnie tu tak dawno, że komputer zapomniał hasła do logowania! No wstyd, nie zaprzeczam. 



Proszę o usprawiedliwienie nieobecności Katarzyny...

Kiedyś logowanie na bloga i stukanie w klawiaturę sprawiało mi przyjemność, przychodziło mi to całkiem łatwo, bez główkowania, zmuszania się. Z czasem, gdy wróciłam do pracy i siedzenie przed kompem było chlebem powszednim po 8 godzin dziennie - 5 razy w tygodniu, wchodzenie na bloga przychodziło z trudem, bo nie chciało mi się zalegać przed laptopem po całym dniu wlepiania oczu w monitor usytuowany niekoniecznie na idealnej wysokości wielkiego białego biurka przy sztucznym świetle. No i najnormalniej w świecie szkoda mi było czasu, którego prawie nie miałam po pracy, a który mogłam, chciałam i musiałam poświęcić Mani i Staremu. Jednak dalej trwałam i starałam się coś napisać minimum raz w tygodniu. 



Brak czasu

Potem wpadła dodatkowa fucha, która dodatkową była jedynie z definicji, bo zżerała mi czas i nerwy i spędzała sen z powiek. Fucha zaczęła powielać się nawet z moją normalną pracą. Wieczorami, zamiast turlać się po podłodze z Maśką, albo zajmować się czymś relaksującym, rozkładałam moją stacyjkę na fotelu, piwcio w łapę i tratatatatatttatatatatataa w klawiaturę do 3  w nocy. Bartek dzielnie mnie wspierał, zajmował się Maśką, zabierał ją z domu żebym mogła dalej napintalać przed monitorem. Od początku tego roku ten kamień mam z głowy. Nigdy więcej! Never, kuźwa, more! Chociaż miałam ciekawe propozycje, a wręcz nalegania i prośby - odmawiam intensywnie. Czas z rodziną jest ważniejszy. Ostro to nadrabiam w miarę możliwości od początku lutego.


Brak chęci i załamanie 

W międzyczasie, ponad rok temu, zmarła moja mama. Odechciało mi się heheszkowania na jakiś czas. Czułam, że nie wypada i nie miałam nastroju. Co bym nie napisała, zaraz kasowałam, bo to ni w kij ni w oko nie wpasowywało się w profil tej strony, która była/jest (?) jednak bardziej heheszkowa niż poważna, bo ja generalnie poważnym człowiekiem nie byłam, nie jestem i NIE BĘDĘ!

Stres, przygnębienie, zmęczenie i to okrutne, bo wręcz powalające mnie dzień w dzień - to nie sprzyja temu, aby zasiąść przed klawiaturą i "przelewać" to co najfajniejsze (dla mnie) na tą już oprószoną kurzem stronę. 

Wycieńczenie

Wyobraź sobie, że wstajesz rano, zaczynasz ogarniać siebie, dziecko i ledwo co przestąpisz próg domu, a już marzysz o tym żeby położyć się do łóżka. Stary sam z siebie zaczął przyjeżdżać po mnie na ten drugi koniec Gdańska żebym dotarła do domu w miarę przytomna. Co nie zmieniało faktu, że modliłam się żeby Mania zasnęła jak najszybciej, bo ja już nie funkcjonowałam i jak tylko moja głowa dotknęła poduszki to zaraz na dupsku czułam kopnięcie Starego, bo warkotałam jak stary ciągnik i moje chrapanie przebijało mistrzostwo świata w postaci mojego taty po tygodniu nadgodzin w stoczni...



Światełko w tunelu

Byłam w naprawdę kiepskim stanie, fizycznie i psychicznie. To chyba było widać, słychać i czuć. Bartas - człowiek anioł - musiał mieć tego po kokardę. Skąd to wiem? Pewnego listopadowego dnia dostałam do ręki jego kartę z prykazem doładowania sobie biletu miejskiego. Tak, tylko zamiast biletu miejskiego jego oczom ukazały się bilety na samolot do Norwegii. W tym momencie, znając mojego męża, a znam go lat 12, powinnam mieć ukręconą głowę i to w trzech miejscach. Jednakowoż zamiast mnie zniszczyć, pokazał krzyż na drogę. Po 2 dniach okazało się, że loty są pozmieniane i z długiego weekendu trzeba było lecieć na tydzień.



Boziu droga, słodkie serce Dżizusa -  jak mi ten tydzień był potrzebny. Dzięki niebiosom za tych dwoje, co to sobie mieszkają za tym morzem i można ich najechać, dupę potruć (i oni chyba nie mają tego za złe, co? ). Tydzień spokoju na mózgu, bez zasięgu więc bez służbowego maila, bez pracy - pomijając sprzątanie i krzątanie się po norweskiej chatce w ramach odpracowania noclegu. 

Restart

Tak serio odpoczęłam, ochłonęłam, pośmiałam się, popukałam w głowę jak Stary właził do przerębla czy fiordu  w samych gaciach na początku lutego. Organizm musiał serio odsapnąć, bo miesiąc po powrocie na białym osikanym patyczku objawiły się dwie krechy, na które czekałam od listopada.



Człowiek śpiączka kontratakuje

Może i na okazję "ferii" w norkowie odpoczęłam, ale I trymestr ciąży znowu ściął mnie z nóg. Człowiek śpiączka powrócił do gry. Chrapak to moje drugie imię. Codzienna walka o nieprzespanie życia. Spanie w autobusie, przysypianie przy biurku. Jeśli w ciągu dnia pojawił się stres, to mogłam spisać wieczór na straty, bo otępiający ból głowy był gwarantowany. Z Mańką było jakoś lżej, bo tylko chciało mi się spać. Teraz wieczorne mdłości, bóle głowy, senność, bóle takich części ciała, o których bym nawet nie pomyślała, problemy z chodzeniem, bo ból przeszkadzał i nadal uprzykrza mi przemieszczanie się, brzuch widoczny od 7 tygodnia i stres z tym związany, bo w pracy nic nie wiedzieli i nie mieli się jeszcze dowiadywać. Tradżedi!



#elQuatro na ratunek!

Nie planowałam szybko iść na zwolnienie. W głowie miałam ułożony plan. L4 miało wkroczyć do akcji dopiero w połowie lipca. Ja swoje, a życie swoje. Całkiem spory brzuch w bardzo szybkim czasie uprzykrzał posiedzenia w robocie, bo moje stanowisko pracy nie jest do mojego wzrostu odpowiednio przystosowane. Biurko jest odpowiedniej wysokości dla człowieka, który ma 160 cm w kapeluszu, ale nie dla mnie - konia o wzroście 176... do tego z brzuchem poprzedzającym resztę ciała. Nieodpowiednia pozycja do pracy, ból nóg i innych części ciała, senność, bóle głowy, ostre sztuczne światło, utrudnione wychodzenie do WC w porównaniu  z moimi potrzebami, nawał badań i siedzenie w placówce medycznej na zmianę ze szpitalem 2-3 razy w tygodniu i problemy z wolnym... Nie dzięki. Lekarka po wysłuchaniu mojej litanii  z miejsca podaje mi zieloną karteczkę zbawienia. 



Nowy czas

Kawka z rana jak śmietana. Czas tylko dla siebie, bo Marian 7-8 godzin spędza w przedszkolu, a Stary w pracy. Jak Stary nie w pracy to siedzimy na działce, gdzie on coś robi, a ja leżę, pachnę i gnębię okolice disco polo dudniącym z radia, albo koszę trawę i tak czy siak gnębię sąsiadów disco polo, bo disco polo i RODOS to połączenie idealne tak jak kawcia z mleczkiem, piwcio z sokiem imbirowym (BLUŹNIERSTWOOOOOO!), jak zimne winko i wieczór, jak frytki z keczupem, jak karta męża i zakupy i jak Kasia z Bartkiem. 

Tydzień na regenerację i odpoczynek. Odgruzowanie chaty, bo wcześniej nie było na to czasu. Zakwiecenie balkonu. Śniadanka przy Dzień dobry TVN. Niemycie głowy trzy dni z rzędu. Zero szpachli na paszczy i zero stresów. Jedyny error to utrudnione chodzenie, bo boli i brzuch ograniczający ruchy. 

Odgruzowuję bloga i mam plan powrotu. Więcej czasu, więcej chęci. Już nie śpię całymi dniami, nie bardzo mogę się szlajać, 2 pary spodni pękły mi na dupie i muszę czekać aż kurier zapuka do mych drzwi, bo nie mam się w co ubrać. Więc będę tutaj częściej. Mam nadzieję. No raczej tak będzie... no na pewno, bo te moje kosmoludy fundują mi ostatnio ciężkie ataki śmiechu swoimi mądrościami, gestami i zachowaniem! 


Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger