Ciąża wagi ciężkiej

Ukryć się raczej nie da, że puszkiem okruszkiem nie jestem. Walka o mniejszą dupę w moim wydaniu jest mniej lub bardziej skuteczna. Jestem leniem z rozwaloną tarczycą, który lubi dobrze zjeść. Jedzenie to dla mnie przyjemność. Jem bo lubię. Piwko też sobie lubię co figurze aniołka Victoria's Secret też nie sprzyja. Co ja poradzę, że całe życie robię masę, a z rzeźbą u mnie słabo? Nadejszła ciąża. I co teraz? Generalnie katorga i wyścig zachcianek.




Podczas jednej z pierwszych wizyty u ginekologa dostałam przykaz przejścia pod skrzydła dietetyczki, co to cuda ponoć czyni. Smuteczek nastał na sercu, bo co ja pocznę bez smażonej rybci nad jeziorkiem, czipisków przy filmie, Maka z Manią raz na ruski rok? Boga w sercu kobieta nie ma - pomyślałam sobie i wyszłam z gabinetu. 

Bartek po usłyszeniu wyroku i wytycznych pogładził czule portfel, łezka pewnie mu się w oku zakręciła na myśl o tych hajsach ciężkich co to będzie musiał wydać. Po kilku dniach siłą odrywał mnie od lodówki, popacał po głowie, powiedział, że będzie dobrze i że nawiezie mi trawy do obiadów z działki, po czym wsadził mnie w auto i wywiózł hen daleko. Wysadził pod gabinetem pani dietetyk i kazał grzecznie iść w stronę lepszej figury i dobrego zdrowia dziecka. 

Pani doktor okazała się być tak sympatycznym człowiekiem, że aż zachciało mi się tą zieleninę wykwintną jeść. Pani zważyła, powiedziała, że takiej wagi po mnie nie widać. Zmierzyła, po czym okazało się, że już się na starość kurczę, albo że całe życie źle mnie piguły mierzyły i mam w dowodzie zakłamany wzrost. Dostałam potężny plik jadłospisu i z radością na sercu zauważyłam, że nie nie jestem skazana na samą trawę, mech i inne porosty. 

Byłam dzielna przez pierwszy tydzień.  Potem moja siostra zarządziła wyjazd na wieś. Agroturystyka z dietą pudełkową. Spoko, dam radę - pomyślałam i spakowałam się na majówkę z świnkami i aromatem krowich placków w tle. Srogo się myliłam, myśląc że będzie lekko. Lekko to mieli oni żrąc wiejskie dania prosto z kuchni wspaniałej Pani gospodarz, co gotowała całym swoim sercem. Płakać mi się chciało jak pochłaniali kaczuszkę, ciasta, twarogi i masełko iście wiejskie, a ja męczyłam spaghetti z razowego makaronu z cukinią i marchewką lub pieczarkową. To był test mojej silnej woli. 

Takich testów miałam po drodze jeszcze kilka. Teściowa okazała się być diabłem wcielonym, co wystawia mnie na pokuszenie za każdym razem jak tylko jestem na jej terenie. Ciasto, jakimś dziwnym trafem, jest ostatnio na stole każdorazowo. Ciastek, ciasteczek, żelków w kształcie dżdżownic tam pod dostatkiem. Ratunku!

Mój tatuś wspaniałomyślnie zaprzestał wystawiać ciasta i ciasteczka kiedy jestem w pobliżu. W zamian na tony kupuje mi owoce, warzywa, a woda w ilościach potężnych czeka na mnie schłodzona.

Bartas zamienił się w Cerbera, który stoi na straży lodówki. Karci mnie nawet za to, że z utęsknieniem spojrzę w stronę parzonego ciastka z dziurką. Tacha zgrzewki wody żebym miała czym zalać żołądek wieczorami. Kontroluje czy mój zeszycik dietowy jest prowadzony skrupulatnie, czy to co powinno się w nim znaleźć na pewno jest odnotowane. Dopytuje po kilka razy czy wszystko do posiłków na kolejny dzień mam pod ręką. Ja mu się wcale nie dziwię, bo portfel go boli mocno i przez same wizyty i przez zakupy robione specjalnie pode mnie. 

Trzymam się. Jakoś tam, ale trzymam. Bilans po miesiącu to -5kg pomimo sporego brzucha. Pochwałkę dostałam trzykrotną na wizycie kontrolnej u dietetyka. Podbudowałam się, nie ukrywam. Chociaż codziennie praktykuję katowanie i gnębienie samej siebie przez oglądanie powtórek Kuchennych Rewolucji. Dziecko własne bym sprzedała za pizze serową na cienkim cieście i łyka coli. A tak w ogóle to bym się napiła zimnego białego wina. O!

-Mamusiu, ja Ci kupie to winko umarzone, ale po "wciąży"! 

Kocham Cię dziecko moje najukochańsze, pierworodne, ale i tak bym Cię za tą pizze odsprzedała. ♥

Ale w jakim ja muszę być stanie kryzysowym skoro po nocach śni mi się, że jem?! Jak to wszystko bosko smakuje w tych snach. Ostatnio pół nocy delektowałam się tą wymarzoną pizzą i jednocześnie miałam ciężkie wyrzuty sumienia. Przedwczoraj większą część nocy poświęciłam na spożywanie dewolaja z młodymi ziemniaczkami oprószonymi koperkiem, a to wszystko zagryzałam mizerią.  Mam syndrom odstawienia? Łatwiej było rzucić papierosy. Serio... Fajki rzuciłam z dnia na dzień w zeszłym roku, bo przejarałam się po imprezie i powiedziałam dość. Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Z jedzeniem jest trudniej. Jest o tyle  trudniej, że w ciąży organizm wariuje i niekoniecznie to co smakowało mi wczoraj będzie mi smakowało dziś. Odrzucają mnie niektóre smaki, o zapachach nie wspomnę. To nie ułatwia życia. 

Mój prywatny Cerber własnie opuścił mnie na tydzień i zostaje sama z moją dietą. Z jednej strony będzie łatwiej, bo będę gotowała tylko dla siebie (Mania w domu je tylko kolacje, bo reszta w przedszkolu). Z drugiej nie będzie tego hamulca i karcących spojrzeń, a pokus dookoła miliony. Z trzeciej strony za tydzień wizyta kontrolna więc lepiej nie przeginać, bo pochwałki nie będzie! Do boju Katarzyno! Marsz po truskawki, bo braki w lodówce już odnotowane, a Bartas na morzu dopiero od 1,5 h. 
Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger