Zima ♥ Kto Starym zabroni?

Za dzieciaka to były zimy! Za moich czasów! Śnieżne szaleństwo i dzika zabawa. Bez nadzoru rodziców. Zjazdy z najbardziej stromych górek. Sanki? Phi! Wielki wór po wodnym łóżku wykopany na śmietniku i sru... i jeb prosto w pień brzozy rosnącej za blokiem! Jazda na jabłuszku z górki na pazurki... na środek ulicy. Plecami sunąc po psim kupsku! Dzisiejsza młodzież tego nie zazna! Jeśli im nie pokażemy co to znaczy DOBRA ZABAWA!


Próbuję sobie przypomnieć kiedy ostatnio było tak śnieżnie i mroźno. Wysilam wszystkie szare komórki delikatnie upośledzone przez ciążę te 4 lata temu. Siedzę & myślę, liczę i liczę... dochodzę do wniosku, że ostatnią taką prawdziwą zimę odnotowałam 11 lat temu. Później też coś podobnego miało miejsce, ale zimę 2005/2006 pamiętam wyśmienicie.


Oczami wyobraźni widzę jak człapię w wielkiej czerwonej sukni balowej, w odsłoniętych szpilkach, z zamarzniętym gilem pod nosem, wisząc na ramieniu Starego. Idziemy na moją 100dniówkę, dookoła pizga złem, morze zamarzło (autentyk!), a sala balowa usytuowana przy samiutkim brzegu, na końcu skweru - czyli najbardziej odsłonięte i narażone na pizganie miejsce. 

Brrrr...

Pamięć cofa mi się jeszcze kilka lat wcześniej.  Teraz dwie nastolatki latają między pagórkami obłużańskimi i naparzają się śnieżkami. Jo, to ja i moja przyjaciółka. Jak oszołomy biegamy pod osłoną nocy. Chociaż nikt i tak by nas tam nie zobaczył. Śnieżki latają jak głupie, mniejsze, większe, z większą lub mniejszą częstotliwością. Heheszki na całego! Stare konie bawią się na śnieżku. UNIK! Staram się umknąć przed headshot'em i padam na kolana... prosto w gówno. Równie dobrze mogłam paść na polu między krowami. KUPA śmiechu była, nie ma co! Gocha, pamiętasz? Jak pamiętasz to, to pamiętasz na sto pro jak udałyśmy się na pierwsze spotkanie z Czesławem!
Wieczór ( a jakże!), pierwsze spotkanie z chłopakiem poznanym na GG #gimbynieznajo. W ramach bezpieczeństwa z przyzwoitką. Kolejna bitwa na śnieżki, "mycie" jak ta lala i ewolucja na oblodzonym chodniku rodem z Matrixa, zakończona spektakularną glebą!

Brrr...

Osiem lat temu też musiało konkretniej sypnąć, bo ostatnio przecież Stary odzyskał zdjęcia ze starego dysku z tamtych czasów. Zdjęcia te ukazują, jak pod osłoną nocy z potężnymi sankami, zrobionymi własnoręcznie przez mojego tatę w stoczni, podbijamy górki i pagórki obłużańskie. U naszego boku widać mojego najstarszego siostrzeńca, wtedy świeżo upieczonego 18-latka, jego kumpla z ich mniej stabilnymi saniami. Nikt nas nie widział, a zabawa była tak wyśmienita, że jedne z sanek połamały się pod naszymi dupskami w drobny mak. 

Brr...

Sześć-siedem lat temu też śnieg musiał być. Krótko, bo krótko, ale był, bo przecież chwilę po ślubie udaliśmy się na narty. Ekhem. Znaczy się polerować dupami i twarzami stok. Oczywiście po ciemku. Jest ciemno to nie widać twarzy tej, co 10 raz w przeciągu minuty ryje glebę odwłokiem. Ratownik, który w końcu do niej podjechał żeby zapytać się czy wszystko OK też nie miał większej szansy zapamiętać facjaty. Po ciemku też jest ciężko wskazać, który to dziad wisiał na wyciągu trzymając się go jedną ręką, reszta zwłok leżała płasko na glebie, na nogach miał jedną nartę... druga leżała na samym dole wyciągu. Miał ciemną kurtkę i czapkę... ciężko powiedzieć kto to był. Mało brakowało, a tym razem spodnie miałabym posikane... ze śmiechu. Dobrze, że atak histerycznego śmiechu został stłumiony w odpowiednim momencie, bo by mi pory zamarzły.

Czailiśmy się wieczorami, bo tak trochę głupio, że stare konie latają i babrają się w śniegu jakby go pierwszy raz w życiu widzieli. Teraz już nie trzeba się czaić. Mamy ze Starym dobrą wymówkę. Przecież dla bezpieczeństwa dzieciąteczka trzeba być obok. Czasem nawet na tych sankach trzeba z dzieciakiem zjechać. Mamunia musi pojechać pierwsza na swoim 25-letnim jabłuszku! No, przecież muszę ugnieść ten śnieg, żeby maleństwu było wygodniej sunąć. Ojciec pierwszy musi pojechać po tej "wyskoczni", żeby sprawdzić czy młoda krzywdy sobie nie zrobi. 

TO WSZYSTKO DLA BEZPIECZEŃSTWA DZIECKA!

Nie tylko my działamy na takiej zasadzie. Podczas podboju większych pagórków wiejskich stanowczą większość na "stoku" stanowili... tatusiowie! Tak zaaferowani zimowym szaleństwem, że nie zauważali jak gubią dzieciaki i ciągną puste sanki. Tatusiowe profesjonalnie przygotowani, z łopatami w rękach. Zawsze w gotowości do usypania kolejnej "wyskoczni". Przecie Stary w zeszłym roku sam napoczął ten trend - wielką łopatą naśnieżając ukochanej córuni zajechaną górkę. Wspaniałomyślny tatunio. Ojciec na medal. Jego poczucie odpowiedzialności za bezpieczeństwo i komfort pierworodnej jest tak ogromne, że zabrał dwie pary sanek. (Zgadnijcie, kto jeździł na tych bonusowych ;)).

Na wiejskim wzniesieniu słychać bardziej dorosłych chłopów niż ubawione dzieci. A matki? Matki dzielnie dreptają w miejscu u podnóża... czekając na swoją kolej!



Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger