Sierpień...

Weszłam na bloga żeby czegoś poszukać i ręce mi opadły jak zobaczyłam na ilość i częstotliwość wpisów, które się tu pojawiają. Jak co roku o tej porze muszę napisać to samo- przesilenie mnie dopadło! Blog ma już trzy lata i rok w rok w okolicach sierpnia piszę to samo. P-R-Z-E-S-I-L-E-N-I-E!

Od kwietnia czas leci mi jak szalony. Życie na wariackich papierach. Nie ma mnie w domu, albo sama gdzieś tam jestem, albo razem we trójkę podbijamy Trójmiasto i okolice. W maju wesele goniło wesele, w czerwcu działka wzywała w każdej wolnej chwili, w lipcu odczułam przeciążenie i odliczałam dni do upragnionego urlopu.

Praca, dom, rodzina, dodatkowe zlecenia, fitnesy, trzy wesela i pogrzeb, spotkania... Miałam serdecznie dość! W domu tylko spałam. Zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, że nie spędzam z Mańką odpowiednio dużo czasu i stawałam na głowie, aby chociaż weekendy były w pełni jej poświęcone. Cieszyłam się na myśl o See Bloggers, ale z tyłu głowy wyrzuty sumienia dawały we znaki. Polubiłam się z wysiłkiem fizycznym, zakochałam się w Zumbie, ciężarki - body szejpy i "klata-plecy-barki" zaczęły zajmować mi dwa do trzech popołudni w tygodniu zaraz po pracy- wyśmienicie! Jednak każdorazowo kiedy mówiłam Mańce, że mama wróci później robiło mi się głupio. Wyrzuty again!

Moja nieobecność w domu dziwnie wpłynęła na domowników. Mańka zachowywała się jak anioł pierwszego sortu, Stary zamienił się w Romea i zaczął stawać na głowie żeby tylko było mi miło. Jak nigdy wszędzie po mnie przyjeżdżał, po moich zajęciach dla "kwadratowych grubasów" bez gadania czekał pod budynkiem. Zarządził 3 (!)- słownie T-R-Z-Y wywczasy między sierpniem, a wrześniem. Podczas pierwszego wyjazdu jak nigdy zabierał nas praktycznie dzień w dzień na obiad do knajpy. Drugi wiem, że będzie fajny, bo lecimy w fajne miejsce i do fajnych ludzi i to już za dwa tygodnie (szwagieromires ). Trzeci dedykowany głównie mnie- "pojedziemy w góry, żebyś mi nie marudziła, że na wodzie dwa lata z rzędu spędziliśmy!". Trochę tęsknoty i cuda się dzieją. Nawet nie wiecie jak bardzo ten chłop był zadowolony, że nie poczłapałam na imprezę podczas See Bloggers...

Zanim dociągnęłam do  wymarzonego urlopu musiałam przejść dwa tygodnie kombinacji, co by tu z Mańką począć kiedy przedszkole zostało zamknięte. Przewożenie i odbieranie jej od szwagrów dało dodatkowo w kość. Dodatkowe zlecenia nie dawały spać, bo zasiadałam do nich dopiero w chwili kiedy Mańka odpłynęła  do krainy snów. Potrafiłam siedzieć do 3 nad ranem żeby o 6:30 zwlekać zwłoki do pracy. Nie ukrywam, że dało mi to nieźle do wiwatu. Miałam trudności ze zbudowaniem prostego zdania, mój zasób słów zrobił się tak ubogi, że wściekałam się sama na siebie. W pracy działałam powoli żeby nie narobić baboli lub jak kto woli zrobić ich jak najmniej. 

Przy komputerze siedziałam tylko w biurze lub wieczorami podczas dodatkowej pracy. Fejsbuki, instagramy, pudelki poszły w zapomnienie, wracały do łask co najwyżej na chwile-moment podczas jazdy komunikacją lub  posiedzenia w wannie. O blogu nie wspominam, bo widać gołym okiem ile mnie tu nie było. Dopadł mnie internetowo-komputerowy wstręt. 

Do social mediów wróciłam dopiero z początkiem sierpnia. Tak, zaczęłam urlop. Urlop okazał się skutecznym odwykiem od kompa i częściowo od neta, bo zasięg był tak biedny na środku jeziora, że próba otwarcia IG czy FB bardziej wkur...zała niż dawała jakąkolwiek radość. Półtora tygodnia w dziczy dobrze mi zrobiło psychicznie, bo odpoczęłam średnio (o tym następnym razem).   

Teraz wracam, powoli się odgruzowuję po wyjeździe i ogarniam ciężkie zaległości w świecie realnym i wirtualnym. Jeszcze tylko polecę do dentysty, bo ból zęba mnie zabije i już wracam. Postanawiam poprawę, proszę o naukę, pokutę i rozgrzeszenie! 

K♥ 
Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger