We are sailing stormy waters ...

Ponad tydzień temu zeszłam na ląd i ucałowałam ziemię. Przez kolejne dni nie byłam w stanie ustać prosto, bo wszystko się w głowie bujało. 1,5 tygodnia mieszkania na jachcie, noclegów w różnych miejscach, tony zjedzonych ryb, nogi czarne jak szatan, pięć tysięcy stanów przedzawałowych w tym jeden tak ciężki, że na samo wspomnienie robi mi się słabo. 



Pierwszy z trzech zaplanowanych urlopów już za nami. Czy wypoczęłam? Pół na pół. Niby praktycznie nic nie robiłam, ale stresior zabił cały chill. Jak w zeszłym roku skakałam po dziobie jachtu podczas ciężkich przechyłów, tak w tym nie czułam się w pełni sił. Pierwszy raz w życiu dostałam ataku paniki. Pół nocy nie mogłam się uspokoić. Nie wiem skąd to się wzięło, zwalam wszystko na przemęczenie fizyczno-psychiczne. 

Następnego ranka zbudziło mnie stukanie i pukanie. Stary zbierał się do przepłynięcia w inne, bardziej nasłonecznione miejsce. Po nocy byłam tak skichana, że nie dałam mu odpłynąć dopóki się nie wygrzebałam na pokład. Płynęłam w piżamie! Miałam głęboko w poważaniu swój "ałtfit". Trzymanie sznurków w ręku daje mi komfort psychiczny. Jeśli na pokładzie nie ma dwóch osób, a szwagier miał dołączyć do załogi dopiero popołudniu to nie było opcji  żebym siedziała na dole. Mańka sama sobie świetnie radzi i towarzystwa nie wymaga podczas rejsów, bo jest zajęta planowaniem swojego kolejnego wyimaginowanego ślubu. 

Spokojnie, bez cięższych akcji i przechyłów dopłynęliśmy do miejsca, w którym słonko nas grzało, przyjemnie spożywało się śniadanie i można było się ubrać w coś bardziej reprezentatywnego niż piżama czy też skoczyć w krzaczek. Dalsza część dnia była pod znakiem zawału, śmierci i widma rozwodu unoszącego się w powietrzu pomimo tego, że właśnie obchodziliśmy 6 rocznicę ślubu...

Płyniemy po szwagra i spotkać się z teściami na ognicho i kiełbę. Jest miło, już widzę wieżę widokową, mam ją na "wyciągnięcie ręki", zero stresu, bo miejscówka znana, przepływamy tędy po miliony razy, aż nagle- BACH!- wiosło odwiązuje się i z hukiem wpada do jeziora. Kuźwa jego mać. Na samą myśl nogi mam z waty. Normalny człowiek po dwóch nieudanych próbach złowienia zguby dałby sobie święty spokój, ale nie Bartek. Nie, nie, nie! On nie będzie wydawał pieniędzy na odkupienie czegoś co przecież można złowić. Byłoby OK, gdyby nie fakt, iż zerwał się ciężki wiatr, woda była ciemna i dziadostwa nie było widać na horyzoncie. Przy czwartej nieudanej próbie i kolejnym zwrocie pizgnęło tak, że jacht stanął prostopadle do tafli wody. Pisząc to flaki wywracają mi się w brzuchu. Gdybym chociaż siedziała... nie, ja stałam, na samym brzegu opuszczonej do wody ławeczki trzymając się trzema palcami jakiejś linki... Życie przeleciało mi przed oczami, Stary zadowolony, bo kocha przechyły bardziej niż mnie, Mańka miała jak zwykle wszystko w życi tylko napyskowała ojcu siarczyście, bo zakłócił jej piąte tego dnia wesele. Pierwszy raz w życiu tak się bałam, pierwszy raz wyłam ze strachu. W końcu sama wyłowiłam cholerne wiosło i praktycznie na czworaka wyszłam na suchy ląd. Miałam nawet w planie błagać teściową żeby zabrała mnie z powrotem do Gdańska... Do końca dnia odmówiłam wejścia na pokład. Piwo nigdy nie smakowało mi tak dobrze jak w tamtej chwili. Na jacht wczołgałam się dopiero późnym wieczorem kiedy wiatr praktycznie zanikł i w tempie ślimaka dowlekliśmy się na najbliższy, najlepiej mi znany półwysep w okolicy.

Cała reszta wywczasu przebiegła bez podobnych (dzięki Bogu!) akcji. Nocleg przy pomoście w zabitej dechami wsi, gdzie psy szczekają dupami z aromatem krowich placków w powietrzu, czy w marinie na bardziej luksusowym półwyspie z masą atrakcji. Łowienie ryb, ogniska, niezliczone partyjki makao po nocach nad głową śpiącej Maśki, rejs w ciężkiej ulewie, po której nawet z gaci można było wycisnąć hektolitry wody. 

Dziecko w siódmym niebie, bo jazda konna, bo codzienna paplanina w jeziorze, dzień w dzień nowe znajomości i nowe miejsca. Szczyt radości osiągnęła w dniu kiedy przy bardziej cywilizowanej przystani mogła posiedzieć w ośrodkowym klubiku. 4 godziny zabaw i kreatywnych zajęć, poczuła się jak w przedszkolu. Zaliczyła nawet dansing w rytmach disco polo, wesoło pląsając przy ukochanych "Oczach zielonych" Akcentu. 

Dla nas chwila wytchnienia przychodziła kiedy mała udawała się do krainy snów. Romantyczne posiedzenie przy kubłach wina, w blasku świec z serkiem na przegrychę. Tysiące gwiazd migoczących na niebie, w tle z głośników płynęło jakże urocze "ona lubi pomarańcze ło-o-o, lubi kiedy nago tańczę je-je-je, jak poleję jej szampana ło-o-o, tańczy do białego rana je-je-je!", a my wczuwając się w klimat ubrani w wyjściowe dresy i kroksy leżeliśmy na pokładzie lub na leżakach przy ognichu. 

Krzaczek zamiast kibelka, ciężka podjarka na widok cywilizowanej łazienki na półwyspie Lipa, mycie włosów przy użyciu wiaderka Mańki i wody z jeziora lub sklejone wiatrem strąki na głowie. To wszystko ma swój urok! Komary w dupę tną, a nam jest wesoło i gitara ( a raczej disco polo) gra!

Wszystko byłoby piękne i boskie, gdyby nie ten pierdzielony przechył grozy, atak paniki i ostateczna wizyta Starego na SOR-ze. Wakacje bez przygód to nie wakacje! Lepsze takie niż żadne! 

Patrząc na tą piękną jesień tego lata i strumień wody za oknem miło powspominać podbój Wdzydz i okolic. Zobaczcie jak było i dajcie znać gdzie Was poniosło lub gdzie dopiero poniesie na urlop. 



  



















Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger