Twarzowianka

Jedziemy- nie śpimy!- To moje motto od 1,5 miesiąca. Trzy wesele (w tym jedno wyjazdowe z weekendowym pobytem nad jeziorem), panieński wyjazd na domek, integracyjne spotkania z roboty, 2-dniowa delegacja szkoleniowa w stolycy. W międzyczasie wygibasy mające na celu zmniejszenie dupska, festyny i domówka... W końcu organizm zbuntował się i powiedział dość! W brzydki sposób...

Ciało, skóra, mięśnie, umysł- odmówiły współpracy i po prostu wysiadłam. Jak siedziałam przed ekranem i podziwiałam ostatnią część Transformersów i mięśnie Marka Wahlberga, tak padłam. Nie wiem kiedy, nie wiem jak, "prąd" mi wysiadł. Nie mogłam oprzytomnieć.  Stary szturchał, kopał, klepał po głowie, a ja chrapałam. Jak to stwierdził: zamieniłam się w traktor i wyjechałam w pole. Nie dało się mnie dobudzić... Jak już powstałam, moja twarz była zapuchnięta i "skapiszonowana". Zamieniłam się w "twarzowiankę*"...

Po kilku zmianach mikroklimatu i rodzaju wody, niedospaniu oraz ostrym nakładaniu i skuwaniu szpachli moja twarz straszy, lustro pęka z hukiem. Wstyd iść między ludzi! Siara pokazać się w robocie, gdzie facjata jest swego rodzaju wizytówka, zwłaszcza kiedy się siedzi na "froncie".

Nie ma opcji żeby wyjść poza cztery ściany własnego domu bez domalowanej twarzy, a tu jak na złość trafia mi się seryjka kilku dni kiedy nie słyszę budzika. Tego jeszcze nie było. Co jak co, ale ja to raczej nie z tych co zasypiają do pracy. BAM! Pięć dni pod rząd ledwo rozklejam ślepia 30 minut po sygnale nawołującym do zwleczenia zada z wyra. Jeden wielki ZONK, bo bez umytych włosów i twarzy wysmarowanej przynajmniej kremem BB z chaty ostatnio nie wychodzę. Na dokładkę, Mańkę trzeba po drodze odtransportować do przedszkola. Całe szczęście, że Stary był pod ręką i kawunie z kanapeczką poczynił. Odwiózł Mańkę do przybytku szczęścia i rozrywki, mnie wywalił na przystanku, a sam udał się do wyrka kimać dalej. 

Tak nie mogło być! Żeby niewyjściowa twarz uniemożliwiała przekroczenie progu domu? No żesz! Zawsze podchichrywałam się z babeczek co to bez makijażu nigdzie i nigdy nie wyjdą. Teraz okazywało się, że sama mam z tym problem. Nawet podwójny, bo malować się nie umiem mając trzydziechę za pasem.

Wyjścia z takiej sytuacji były trzy:

  1. zajechać twarz papierem ściernym, opcjonalnie tarką, mając nadzieję, że moja cera po zregenerowaniu się będzie taka jak za czasów nastoletnich bądź przed ciążowych.
  2. znaleźć odpowiednio dużą torbę i zainstalować ją na stałe na głowie.
  3. znaleźć remedium i ogarnąć twarz na cacy...
Pominęłam dwie pierwsze opcje... Z pomocą w realizacji punktu trzeciego, kolejny raz, przyszło DIAGNOSIS wraz z rewelacyjnymi produktami z programu GlySkinCare ( produkty testowane wcześniej znajdziesz TU i TU).


Gentle Cleanser- delikatny płyn do mycia twarzy. Mój ratunek po weselach. Skutecznie zmywa każdy rodzaj tapety, nawet ten najcięższy kaliber wieczorowy. Efekt pandy po jego zastosowaniu jest absolutnie minimalny, a skóra nawilżona. Nie podrażnia i nie drażni zapachem. Koło ratunkowe w przypadku kiedy zapomnisz wydać ciężko zarobione pieniądze na waciki do demakijażu.


Gly Mist- czyli tonik do twarzy w spray'u. Odświeża, orzeźwia i konkretnie oczyszcza! Nawet niezniszczalne wągry mu ulegają. Genialny sposób na rozpoczęcie i zakończenie każdego dnia! Koło ratunkowe po nieprzespanych/przebalowanych nocach. Ugaszacz pożarów, ktore wybuchły na twarzy po zmianie wody.


W duecie robią dobrą robotę. Bez tego fioletowego zestawu ratunkowego trudno by mi było okiełznać to co się rozpętało na mojej twarzy. Teraz nawet zryw awaryjny po niedosłyszeniu budzika nie jest mi straszny. Zestaw małego szpachlarza odstawiony w kąt- niech czeka na gorsze dni, które sieją niszczenie raz w miesiącu. 

Nie ma co, daję im 10/10 w skali zajebistości działania i polecam dalej- Katarzyna T.


*Twarzowianka/Twarzowiec- za czasów liceum w ten sposób moje otoczenie określało osobniki obu płci z typowo nastoletnimi problemami z cerą czyli ludzi z twarzami "niewyjściowymi". 
Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger