Meldunek z placu boju.

Ale tu cisza. Aż wstyd! Czas pościągać pajęczyny i przetrzeć kurz. Czemu nic tu się nie działo przez tydzień chociaż w kolejce czekają na publikację trzy gotowe posty? Ano dlatego, że wiejska chatka zamieniła się w szpital polowy. 

Kiedy Mańka zaczynała swoją przygodę z przedszkolem wszyscy straszyli, że zaraz wyląduje z powrotem w domu z gilem do pasa i jakimś choróbskiem. Sama łapałam się na myślach, że pewnie ledwo przekroczy próg placówki zaraz rozdzwoni się mój telefon żeby grzdyla zabierać, bo ma gorączkę. Jednak trwało to bardzo krótko. Złe myśli odgoniłam machając ręką. 

Źródło

-No gdzie?! Moja Mańka nie polegnie! Nie po moim rzeźnickim zimnych chowie... byle co jej nie powali!- tak sobie mówiłam i w ten sposób podnosiłam sama siebie na duchu... I co?

W sumie nico, bo tak jak stwierdziłam: po moim rzeźnickim zimnym chowie- byle co Mańki nie powali. Młoda poległa dopiero 11 listopada. Zapewne postanowiła sobie zrobić długi weekend. Zapalenie spojówek. Szybka wizyta na świątecznym dyżurze, prykaz jednego dnia posiedzenia w  chacie. Bez sensu- niech już siedzi do poniedziałku. Faktycznie już w czwartek wieczorem nie było śladu po zapaleniu w oczku. Biedna Myszka wieczorami dopytywała się kiedy do tego przedszkola w końcu pójdzie? 

No to o co chodzi z tym szpitalem polowym skoro Mańki oko cierpiało dwa dni? Generalnie chodzi o to, że odkąd młoda chodzi do przedszkola to wiecznie w powietrzu wisi choroba... jak nie u mnie to u Starego. 

W przeciągu trzech miesięcy zdychać siedem razy to dla mnie rekord świata, bo ja rzadko choruję. Kiedy ja dochodziłam do siebie- Stary powoli pokładał się na kanapie. W tej chwili to właśnie on poległ na placu boju, a jak zapewne wiecie- chory dziad w domu = armagedon. Czas mu zbijać trumnę, bo wiadomo: gardełko boli... Dobrze, że jutro odstawiam młodą do przedszkola i siebie za korpobiurko, bo głowa mi pęka jak tylko pomyślę o tym chłopskim biadoleniu.

Więc zamiast dziarsko śmigać placami po klawiaturze wieczorami i publikować coś nowego, pokładałam się pod warstwami koców i kołdry, zasypiałam o 21:30 żeby z rana jakoś zreanimować się i zawlec zwłoki do roboty. Tak, jestem typem człowieka, który zawsze polezie do pracy... Jedyne L4 na jakim byłam to to w ciąży. 

Mam cichą nadzieję, że przetrwam najbliższe tygodnie bez chruchlania, pociągania nosem, zatkanych uszu, kichania i pękającej głowy. Nikomu moja niedyspozycja nie wychodzi na dobre. Także postanawiam poprawę i powracam na blogaska!

Źródło




Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger