Light Move Festival- Łódź 2015


Nie potrafimy usiedzieć na tyłku w jednym miejscu. Każda okazja jest dobra żeby zapakować się w auto i jechać przed siebie. Staremu należałoby całkowicie odciąć internet żeby nie wyszukiwał nam atrakcji na każdy wolny dzień. Nic tylko zabrać mu smartfona i wcisnąć w łapę starą niezniszczalną Nokię bez dostępu do sieci. Gdy zbliża się weekend to strach odbierać połączenia kiedy na ekranie wyświetla się „Bartuń”, bo to może oznaczać, że ze spania do południa nici! Tak tez było w ubiegłym tygodniu. Telefon burczy na biurku, widzę już jego twarz wyświetlającą się na wibrującym urządzeniu, odbieram i z miejsca przekreślam mój plan wekendowego kokoszenia się w betach przynajmniej do 11.  
Hasło: ŁÓDŹ- festiwal świateł.




Czwartek wieczór: pakowanie. Bałagan wszędzie, bo przecież jest zimno więc trzeba odpowiednio przygotować naszą trójkę. Z rana do pracy, a na Starego lepiej nie liczyć w kwestii przygotowywania bagaży, bo na bank zabraknie połowy niezbędnych rzeczy. Dochodzi północ, torba zapakowana na dwie i pół osoby, można spokojnie się odmeldować.



Piątek. Moje zwłoki doczłapały się do pracy. Jak na złość akurat dziś kupa roboty, nie wiadomo w co ręce włożyć, a tu równo o 13 trzeba spadać. Prykaz był: żadnych opóźnień! Zanim dobijemy się do centrum Łodzi trzeba jeszcze przecież koniecznie zahaczyć o rodzinę mieszkającą w pobliżu i wypić kawkę.

Podróż przeleciała nie wiadomo kiedy i bez większych utrudnień. Po odhaczeniu wizyty rodzinnej zbieramy się do hotelu żeby zostawić klamoty i lecimy dalej. W tym momencie wszystko zaczyna iść pod górkę. Godzina 19, a na drodze jeden-wielki-czop. Korek tu, korek tam. Czerwona fala na dobitkę. Centrum Łodzi wygląda momentami jakby uderzył tu meteor. Dziura na dziurze, remont za remontem, a my kluczymy miedzy nieznanymi uliczkami zdając się całkowicie na nawigację. Przed 20 udało się wreszcie zlokalizować miejsce docelowe i znaleźć miejsce dla auta. 


Ciemno, zimno, kupa ludzi i małe dzieciąteczko trzymające nas za ręce. Gdzie tu iść, skąd wytrzasnąć jakąś mapę? Podążając w stronę największego tłoku dotarliśmy do pierwszego punktu. Cudo! Co jedno te lepsze! Kolorowe, podświetlane kamienice, świetlne instalacje różnorodnej maści, performance na dachu, dziwne ruchome gęby na budynkach, jurta, kolorowe ryby na niebie… Coś niesamowitego. 


Mańka oglądała wszystko z otwartą ze zdziwienia buzią. Wytrwały człowieczek dociągnął do północy praktycznie bez marudzenia i z uśmiechem na zmarzniętej buźce. Po wieczorze pełnym wrażeń nie była w stanie zasnąć… Myślicie, że to nie jest pora na atrakcje dla takiego malucha? Ja tak nie uważam i nie byłam z tym sama. Dzieci było pełno! Mniejszych i większych, które pokonywały kolejne uliczki samodzielnie piechotą lub wygodnie w wózkach. Warto zabierać malucha na takie akcje, frajda gwarantowana. Czas spędzony razem- rodzinnie, bezcenne wspomnienia. Muzyka, kolorowe światła, piękne instalację zachwycą dzieci. Trzeba brać poprawkę na to, że nie wszystko co jest wyświetlane nadaje się do pokazania mikro człowiekowi, bo po prostu się wystraszy. Potwory wyjące i krzywiące się ze ścian kamienic lepiej oglądać samemu.


Mańka przez kolejne dni opowiadała wszystkim gdzie była i co widziała. Namiętnie ogląda filmiki w telefonie i wieczorami wspomina tą krótką wyprawę. Nie wiem co było dla niej fajniejsze- sam festiwal czy nocleg w hotelu, który okazał się perełką idealnie pasującą do tefałenowskiego programu o „piekielnych” przybytkach tego rodzaju?


Byliście na podobnym „iwencie”? Podobało Wam się? Jeśli nie byliście, a nadarzy się okazja to śmiało się wybierzcie, bo według nas- warto! Z resztą zobaczcie sami na filmie. Nie ma tam wszystkiego, ale chociaż poczujcie klimat tego festiwalu.









Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger