Nadchodzi!

Wstaję w nocy żeby sprawdzić czy młode się nie skotłowało i przy okazji czy nie zamarzło, bo jej pokój to istna lodówka w nocy-zazdroszczę... Rzut oka na widok za oknem- płynie rzeka. Rzut okiem na zegarek- czwarta rano. Do zmartwychwstania mam trzy godziny. Może do tego czasu przejdzie?




Wszystkie znaki na niebie i na ziemi mówią mi żebym się nigdzie z niczym dziś nie śpieszyła, bo to będzie długi dzień. Jedynie Mańka ma inne zdanie w tym temacie, bo melduje się nad moją głową o 6:20 i z nadzieją w głosie pyta: „Wstajemy?”. Po co dziecko chcesz wstać skoro mój budzik zadzwoni dopiero za 40 cennych minut? „Do pszeczkola!!”-woła radośnie, bo przecież aż dwa dni jej tam nie było. Cały weekend pytała o to samo, cały weekend marzyło się temu małemu człowiekowi iść do miejsca, które tak sobie ukochała. Za oknem dalej płynie rzeka, a termometr straszy temperaturą wskazując ledwie 12*. Dobrze, że Bartas jest dziś na posterunku, bo bym musiała pompować ponton schowany w piwnicy, aby dotrzeć z Mańką na czas i nawrócić jeszcze do roboty.



Wszystkie znaki na niebie i na ziemi mówią żebym się nie śpieszyła. Tylko Mańka znowu stoi z moimi butami w rączkach i czeka aż się wywlekę. Tłum kwitnący w ulewie na przystanku wróży tylko jedno: spóźnione autobusy pełne przemoczonych ludzi.  Mi się nie śpieszy. Trzy kolejne autobusy nawet jeśli opóźnione 10 minut nie robią różnicy. Deszcz stuka w szyby samochodu w rytm disco polo płynącego z radia. Młoda wysiada, leci jak poparzona żeby jak najszybciej założyć kapcie i móc z panią zniknąć za drzwiami sali. Podwózka na przystanek i dołączam do grona przemokniętych ludzi, które powiększa się z minuty na minut, a autobusu jak nie było tak nie ma. W końcu jest, a nawet są – i to trzy na raz. Ludzie zrywają się i taranują wszystkie wejścia. Norma.


Szarówka, chłodek, zapach i szum deszczu- jesień nadchodzi wielkimi krokami. Gdzieniegdzie przewalają się już sterty żółtych liści. Herbata zastępuje kawę co raz częściej i to nie ze względu na biurowe przepicie. Ściemnia się już koło 20, można wyciągać świece. Jeszcze trochę i zgodnie z naszą niepisaną tradycją wybędziemy na wycieczki w kierunku Rzucewa, Pucka i Helu- jak co roku. Jak co roku będziemy się walać w kolorowych liściach, szwendać po okolicznym lesie i szukać grzybów, których nie umiemy wytropić. Jeszcze chwila i wraz z Mańką zaczniemy znosić kilogramy kasztanów i dłubać w nich wykałaczkami. Jeszcze moment i zamkniemy sezon działkowy. Skończą się nocne posiedzenia nad słoikami.


Lubię ten czas, kocham jesień. Po ostatnim miesiącu skwarów i upałów w końcu można oddychać pełną piersią i spać spokojnie, bo powietrze nie stoi już w miejscu. Lubię krótkie dni, długie wieczory pod kocem. Z tego co widzę w internecie nie jestem z tymi upodobaniami sama. Cieszę się na te kilka warstw cieplejszych ubrań, brązy i żółcie dookoła. Cieszę się jak głupek i liczę na piękną złotą jesień. Radość zapewne przeminie z nadejściem listopada i wiecznej chlabzdry, ale póki to nie nastąpi narzekać nie zamierzam. 


Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger