Rozstanie...

... czyli mama wraca do pracy.


Ponad trzy lata spędzone w domu. Ponad 2,5 w towarzystwie dziecka. Nadszedł czas na zmiany. To właśnie o nich wspominałam TU. Czy wyszło to nam na dobre? Czy było/jest ciężko?


Decyzja o moim powrocie do pracy związana była z faktem, iż Mania oficjalnie jest już w pełni zdrowa. Pod koniec sierpnia wygasa jej legitymacja inwalidzka, a 1 września traci ważność jej orzeczenie o niepełnosprawności. Lekarz jest dobrej myśli, a my pełni nadziei, że choroba nie nawróci. Zatem wchodzimy w nowy etap naszego rodzinnego życia.

Mańka od dłuższego czasu intensywnie ciągnie do dzieci. Przedszkole jest jej marzeniem od końca kwietnia. Kiedy przyłapała mnie na przeglądaniu ofert placówek edukacyjnych, zasiadła obok, bacznie przeglądała zdjęcia, żywo wszystko komentowała i ostatecznie stwierdziła, że idzie do przedszkola i koniec- kropka.

-Chcem do pseckolka! Idziemy do dzieci! Bende tańcyć w pseckolku i bende ucyć się gielskiego!

Cudownie! Tylko teoria to jedno, a praktyka drugie. Mamy jeszcze dwa tygodnie i życie zweryfikuje jej ambitne plany. 
Wszystko jest na dobrej drodze, bo zna już miejscówkę, wie co będzie się tam odbywało i dla otuchy poznała pierwszą koleżankę z grupy, która okazała się sąsiadką z parteru. Pozostaje nam skompletować ostatecznie wyprawkę i młoda jest gotowa na podbój przedszkola.


Przedszkole to jedno, a mój powrót na rynek pracy to drugie. Zanim zaczęłam poważnie się nad tym zastanawiać, zanim zaczęłam czegokolwiek szukać to praca znalazła mnie. Plan powrotu był nastawiony na wrzesień, a tu psikus. Od początku sierpnia nie ma mnie w domu praktycznie dzień w dzień. Dla Maśki nie jest to normalne. Owszem, wychodziłam z chaty w miarę często. Owszem, wraz z Bartasem wybywamy co jakiś czas bez niej, ale to nie zdarzało się codziennie.
Ponad 2,5 roku spędziła z nami praktycznie każdą chwilę, głównie ciałem, bo duchem to zawsze jest gdzieś hen, hen daleko. Do czasu otwarcia przedszkola będzie pod opieką taty, babci lub starszej kuzynki.

Tak jak wspominałam w poprzednim poście (Gadu gadu),  na wszelkie tego typu "przygody" przygotowujemy ją poprzez rozmowę i powtarzanie tej samej gadki codziennie. Tak było i w tym przypadku, bo posiedzenie z ojcem kiedy mnie nie ma to nic nowego, ale co jakiś czas dwa dni będzie spędzać z kimś innym.

Problem pojawia się kiedy Stary ma poranną zmianę, bo ja wychodzę trzy godziny po nim i tu zaczynają się schody...  Histerii jako takiej nie ma, ale kiedy młoda jest świadoma, że spędzi te parę godzin z babcią czy kuzynka to zrywa się następnego dnia przed siódmą i blokuje mi każdy możliwy manewr. Robi podkowę i stara się wymusić na mnie pozostanie w chacie. Krótkim zawodzeniem stara się odwołać moment rozstania. Bezskutecznie.  Zaraz po moim wyjściu przyodziewa swój uśmiech nr 500 i zajmuje się sobą i towarzystwem jakby nigdy nic.  Tylko pierwszego dnia, po moim powrocie,  miała ciężkiego focha,  ale i on szybko minął.

Dla ułatwienia jej ogarnięcia "grafiku opiekunów" każdy dzień tygodnia rozrysowałam jej na kartce. Dzięki tym hieroglifom widzi, kto następnego dnia będzie jej towarzyszył. Jeśli kolejny dzień jest jakoś konkretnie zaplanowany rysunek to zawiera. Młoda pilnie studiuje moje gryzmoły i deklamuje co, gdzie, jak i z kim? Mam wrażenie, że to też w jakimś stopniu niweluje jej stres, bo patrząc wieczorem na obrazek i widząc na nim mnie lub Bartka nie zrywa się z łóżka jak poparzona kiedy ja szykuje się do wyjścia.

Generalnie młoda przyjmuje te zmiany lekko. Jak jest ze mną? Może wyjdę na wyrodną matkę, ale mi jest dobrze. Ja odpoczywam. Rozwijam powoli skrzydła i czuję się jakoś lepiej niż przez ostatnie miesiące. Całe, długie popołudnia i weekendy nadrabiam czas spędzony bez córy. Po powrocie z roboty cała jestem dla niej. Jednak czas od wyjścia z domu do powrotu jest dla mnie jak urlop wypoczynkowy.

Kocham moje dziecko nad życie, ale trzy lata spędzone w chacie to dla mnie za dużo. To za dużo nawet jak dla tak potężnego lenia. Dwa i pół roku rutyny i monotonii zaczęło już się na mnie odbijać.  Cieszę się,  że miałam możliwość towarzyszenia Mani w najważniejszych momentach, że miałam okazję być obecna przy tych wszystkich pierwszych razach. To było takie szczęście w nieszczęściu jej chorej nóżki.

Wydaje mi się, że teraz jest najlepszy moment na zmiany. Taka naturalna kolej rzeczy. Czas na nowy etap w moim i jej życiu.
Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger