Nowy rytm

Kolejny dzień, który zaczyna się tak samo. Pobudka chwilę przed budzikiem, stanowczo za wcześnie jak dla mnie i trochę za szybko niż potrzeba. Przemarsz żywych trupów w kierunku łazienki, łeb pod pod zimny prysznic. Brrr.. nie to dziś nie wystarczy. Do reanimacji potrzebne będzie coś więcej. 


Zaglądam do pokoju małej żeby sprawdzić czy nie śpi na glebie. Nie, tym razem nie skotłowała się za bardzo. Jedynie zmieniła pozycję o  90*. Zamykam drzwi i szuram nogami okutanymi w skrzeczące kapcie, sunę niczym ślimak w kierunku kuchni. Bartas śpi obok więc wodę gotuję w garnku. Gratuluję sobie dobrego serca, bo poświęcam cenne minuty na czekanie aż woda zacznie się gotować na kuchence elektrycznej. Nie jestem aż taką świnią żeby odpalać mu nad głową czajniko-kombajn. Najwyżej podbiegnę sobie trochę żeby się nie spóźnić na autobus i tramwaj.

Truptam przez śpiące jeszcze osiedle. Z rana jest tu jakoś przyjemniej. Cisza i spokój, przyjemny chłód sierpniowych poranków. Miło, miło, ale autobus zaraz zwieje. Przyśpieszam, zdążyłam! Książka w rękę i jadę zamulając niemiłosiernie na tyle, że prawie przeoczyłam miejsce docelowe.

Idę przed siebie przez stare miasto Gdańska, które o tej porze też jest jakieś inne. Niby jest tłoczno jak zawsze, ale jednak ciszej. Wszyscy jeszcze niedobudzeni idą w swoją stronę.

Godziny płyną. Kawa nic nie daje, energetyki nic nie dają. Głowa co raz cięższa. Jedyne marzenie to kołdra i podusia.

Kierunek dom. Tym razem książka nie wciąga aż tak. Człap, człap... byle do domu. Byle przycupnąć i na kilka sekund przymknąć oczy, bo powieki ciężkie jak kamienie. Nie ma szans! Mańka atakuje od drzwi. Żadne dzień dobry, żadne cześć, żadne buzi. -Co masz dla mnie?! Gdzie byłaś?- No ładnie...

Reszta dnia upływa pod hasłem zabawy i wycieczek maści wszelakiej. Zamulenie schodzi na dalszy plan.

Wieczór. Młoda do wanny, kolacja i lulu. Kiedy Mańka odmeldowuje się do wyrka ja doznaje nagłego przypływu energii. Jest równie nagły jak odpływ, który następuje dwie godziny później. Po tym czasie powieki ponownie zaczynają ciążyć i absolutnie nic nie jest w stanie mnie zreanimować aż do dnia następnego. Ziewanie jest tak okrutne, że istnieje ryzyko, iż szczena wypadnie mi z zawiasów na amen. Nie mam siły patrzeć na oczy i z wyra nie wyciągnie mnie nawet kusząca propozycja Bartka, aby przysiąść do oglądania kolejnej części Szybkich i wściekłych. -Innym razem, może w weekend- nie wierzę w to co mówię...

Wczesne (nieludzko wczesne jak dla mnie) pobudki, do których jeszcze nie przywykłam, późne zasypianie, wcześniejszy odwyk od internetów (KLIK) - to wszystko składa się na brak aktywności blogowej, chociaż pomysłów na posty więcej niż kiedykolwiek. Coś za coś. Czas dla Mańki jest ważniejszy (daaaaa?!).

Z dnia na dzień coraz lepiej funkcjonuję. Z dnia na dzień coraz łatwiej wstawać. Z dnia na dzień coraz lepiej gospodaruję czas. Wszystko idzie ku lepszemu, bo proces przystosowywania się do nowego trybu życia jest na dobrej drodze. Do czasu pełnego przestawienia się mojego organizmu z radością co tydzień wykrzykuję w duchu- dzięki Bogu już jest weekend. Co piątek w głowie dudni hamerykańskie "TGIF". Po długiej przerwie powróciłam do grona ludzi, którzy wyczekują końca tego magicznego piątku. 


Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger