Chcesz człowieku dobrze...

... ale to nie zawsze wychodzi tak jak planujesz. Chcesz sprawić dziecku chwile radości, a niechcący doprowadzasz je na skraj załamania nerwowego. 

Gdybym wiedziała ile nerwów przysporzy Mańce głupi balon, w życiu bym go nie kupiła. Chciałam dobrze, chciałam sprawić jej radość, a co z tego wyszło? Histeria, ból rąk i generalne przerażenie. 

Dzień przed pójściem do szpitala kupiłam jej balona prezentującego znanego świniaka. Była zadowolona, trzymała go za rączki i prowadziła z nim zacięte dyskusje. Jednak to było krótkie wyjście, które nie sprawiło kłopotu. Dwa miesiące później podczas spaceru z kuzynką postanowiłam spełnić jej prośbę i kupiłam kolejny balon, który sama wybrała i który widać na zdjęciu powyżej. Mojemu dziecku nie przetłumaczysz, że jeśli napompowaniec ma sznureczek to powinno się za niego trzymać i nie ucieknie. Złapała kocura za głowę i w ten sposób tarmosiła go po całym starym mieście. Nie pomogło tłumaczenie, że dla świętego spokoju ustrojstwo przywiązałam do torby. Za każdym razem kiedy wyślizgnął się jej z łapek okrutny ryk niósł się po uliczkach Gdańska. W knajpie zasiadła na krześle dzielnie dzierżąc kota w łapkach. Farba pobrudziła jej rączki, ale się nie poddawała. Im bliżej byłyśmy domu tym większa tragedia miała miejsce. Małe kończyny odmawiały posłuszeństwa z braku sił. Będąc prawie pod blokiem z ogromnym lamentem wykrzykiwała, że nie chce balona i żebym wyrzuciła go do śmieci. W domu nie było lepiej... Nadal bała się, ze odleci przenikając jakimś cudem wszystkie ściany. W końcu załadowała go do skrzyni z zabawkami i to ją uspokoiło. Noc nie należała do spokojnych, bo chyba ten balonowy horror gnębił ją przez sen. Postanowiłam sobie: nigdy więcej nie kupię żadnego balona napompowanego helem. 

Całkiem niedawno, na dzień dziecka, udaliśmy się na festyn do roboty Starego. Dziecko zajarane jak bąbka, bo jest wielką fanką firmy tatusia, bo będzie można włazić do lokomotyw, bo dadzą na bank balona. Owszem już na bramie, zaraz po odebraniu bransoletki-wejściówki, miłe panie obdarowywały maluchy balonami z logo firmy. Nie pomyśleliśmy, że dziadostwo napompowali helem... Jak można się łatwo domyśleć, horror zaczął się na nowo. Sznurka nie uznawała i ponownie przeżywała mordęgę dzierżenia balona w dłoniach. Nie cieszyło jej nic, bo wizja odlatującego gumowego jajca przysłaniała jej oczy. Lokomotywy NIE, skakanie na dmuchanym zamku: NIE, darmowe karuzele: NIE, wóz strażacki: TAK, ale ze łzami w oczach i po przykazaniu mi, że mam "tsymać mosno balon". Stary poirytował się do granic możliwości i kiedy ja zajmowałam małą malowaniem w specjalnym kąciku, odszedł dalej, wydobył klucz od samochodu i przebił dziada. Mała nie zauważyła i z pieśnią na ustach i ulgą na sercu korzystała ze wszystkich atrakcji. 

Ciągnąc temat traumy balonowej: scenka, która odegrała się w sobotnie popołudnie.

Mańka siedzi na balkonie i kibicuje mi przy wieszaniu prania. Nagle z piskiem zrywa się z fotela i woła: BALON LESI! Faktycznie, na wysokości naszych oczu unosił się ten cholerny kot! Zwiał najlepszej kumpeli Mańki, która mieszka nad nami. Z balkonu, nad nami, rozległ się ryk. Koleżanka wyła, że balon jej uciekł. Mańka łącząc się w bólu zaczęła wyć, że "Zelonice uciekł balon" i po chwili przez szloch przebiło się ciche "NIE CEM JUSZ BALONA".

Trauma, trauma na całe życie. 

Podobne kongo miało miejsce dawno temu, kiedy teściowa obdarowała małą zabawką. Ustrojstwem, które po naciśnięciu na brzuch czy łapkę śpiewało lub coś jęczało. Ochrzciliśmy dziadostwo imieniem "Kwękacz". Wystarczyło Mańce pokazać dziada i raz zapiszczeć, a  na małej buźce pojawiała się podkówka, która łamała nam serca. Kolejny raz: człowiek chciał dobrze, a wyszło jajco.

Kolejną prawą, która odcisnęła piętno na psychice Mańki są robaki. Rok temu spierdzielała gdzie pieprz rośnie jak tylko dojrzała "bufu"/ "byf". Myślałam, że to przeszło i pokazałam jej jakiś czas temu biedronkę... Chciałam dobrze, chciałam pokazać jej coś nowego. Mój błąd! Nadal boi się "lobakóf". Nie ruszają jej tylko "pscółki Maje". Pozostałe kreatury, choćby miały milimetr długości powodują u niej stan przedzawałowy. Dobra opcja jak gdzieś zwiewa podczas spacerów, bo wystarczy krzyknąć "KOMAR!" i staje jak wryta. (Zła matka, okropna matka!)

Jestem ciekawa ile podobnych akcji czeka nas w przyszłości i co okaże się następnym traumatycznym przeżyciem.




Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger