Cierpliwość?! BRAK!

Czy istnieje recepta na cierpliwość nieskończoną? Czy jest możliwość osiągnięcia opanowania bez zamordowania kogoś po drodze? Czy gdzieś  na świecie istnieje człowiek, którego nic nie wyprowadza z równowagi? Jeśli tak, to prowadźta mnie do niego i niech mi odsprzeda swój sposób/towar!


Granice mojej cierpliwości, przez ostatnie dwa i pół roku, zostały przesunięte i to bardzo. Mańka ćwiczy moją autokontrolę intensywnie z małymi przerwami. Mam głupie wrażenie, że kto jak kto, ale moja córka potrafiłaby wyprowadzić z równowagi nawet świętego i to bez zmrużenia oka! 

Staram się być opanowana. Chcę być tą pieprzoną oazą spokoju, ale momentami mam ochotę spierdzielać byle gdzie, byle przed siebie. Nadal podtrzymuję moją misję zabicia marudy, ale w kwestii cierpliwości nie mam siły. Jak Mańkę coś opęta to klękajcie narody! Nic nie jest w stanie jej uspokoić. Jedyny ratunek to egzorcysta. Jak się nakręci to klepie bez końca... bez końca nie jest jednak moja cierpliwość. 

Są chwile kiedy nie przeszkadza mi całodzienna nawijka Mary, serio. Potrafię się wyłączyć. Potrafię przykleić sobie głupi uśmiech na twarz i przytakiwać przez te 12 godzin bez przerwy. Nie wiem jak to robię, to auto pilot. Niestety nie działa to na zawołanie. Ta magiczna zdolność pojawia się i znika. Żeby pozostała na zawszę musiałabym chyba zacząć łykać psychotropy (garściami). 

Są takie dni, kiedy nic nie wyprowadzi mnie z równowagi. Chata może być zasypana klockami, naczynia mogą stać nie zmyte, Mańka może być czarna jak murzynek Bambo, może sobie ten mały człowiek stać na głowie, a ja będę miała motyle zamiast mózgu i będę unosić się na chmurce miłości. Są jednak takie dni, kiedy pierdnięcie motyla doprowadzi mnie do szału, a popiskiwanie i setne zapytanie "so to?" nakręca mnie jeszcze bardziej. 

Jak pozbyć się tego poirytowania? Jak wyćwiczyć w sobie opanowanie do tego stopnia żeby nie dostawać szewskiej pasji przy kolejnej prośbie o zaśpiewanie kołysanki? Jak się opanować zanim wyjdę z siebie i stanę obok słysząc rumor spowodowany wysypanymi klamotami. Jak nie wpadać w szał widząc zerwany karnisz i zalaną sokiem podłogę? Iść na jogę i ustawić się w pozycji spokojnego słonia czy wyciszonej orki? Wizualizować sobie tęczę i kwiatki 24/7? Posłuchać szumu fal? Nie, to zdecydowanie NIE! Słyszę ten szum za każdym razem kiedy Mańka idzie spać i jakoś mnie to nie uspokaja. Potrzebuję recepty na permanentny spokój wewnętrzny zanim zamienię się w zdziadziałą, poirytowaną matkę furiatkę. Muszę się ogarnąć zanim oszaleje ostatecznie, bo słabo mi się robi kiedy słyszę własny krzyk setny raz w ciągu dnia. Macie jakieś sprawdzone sposoby? Jak macie to się podzielcie- wchłonę wszystko jak gąbka i stanę się potulna jak owieczka. 

Follow my blog with Bloglovin




Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger