Cisza i spokój.

Jedna doba poza domem i tydzień dochodzenia do siebie- fizycznie i psychicznie. Nie spodziewałam się, że po jednym dniu bez chaosu, który wprowadziła w moje życie Maśka, tak mnie wybije z rytmu. 


Cały dzień leżenia plackiem. Względna cisza i spokój. Jednym słowem: RAJ. Śmiem twierdzić, że jest to skryte marzenie każdej matki. Mogę odpocząć, poczytać książkę, przeglądać internety do woli i do bólu, mogę spać kiedy chcę- no kurczę, niebo. W teorii wszystko jest piękne, w praktyce jest gorzej... 

Nie mogę się ruszać, bo jestem znieczulona od pasa w dół. Nie mogę wygonie się ułożyć, bo piąta kroplówka sączy się w ślimaczym tempie. Nie mogę się wyciszyć, bo aparatura pika mi nad głową i pielęgniarki wiszą nade mną co 15 minut z zegarkiem na ręku. Nie mogę skupić się nad książką czy nad intermetami, bo "Plebania" buczy w tle. Nie mogę przysnąć, bo towarzyszki niedoli pragną zagłębić się w konwersację na temat odbytych zabiegów i kondycji zdrowotnej, albo chrapią jak chłop po tygodniu nadgodzin w kamieniołomach. Pogadać przez telefon też niekoniecznie mogę, bo pielęgniarki, bo ktoś śpi obok. W głowie jedna myśl: chcę do domu!

Jestem w domu i... nie mogę się odnaleźć. Nie mogę za dużo siedzieć, nie mogę za dużo leżeć, nie mogę za dużo chodzić. To co ja, kurczę, mogę?! Jajco znieść mogę.

Obojętnie za co się zabiorę, odczuwam dyskomfort. Nie pasuje mi to, że nie mogę w pełni oddać się wygłupom z Mańką. Nie pasuje mi, że Stary jest przez ponad tydzień w domu. Z jednej strony chcę już wrócić do swojej rutyny, z drugiej boję się jak to będzie jak Stary wróci do pracy. Powtórka z rozrywki. To samo było po porodzie.

BAM! Minął tydzień kwarantanny, Stary wraca do roboty. Mańka chyba wyczuwa moją słabość i postanawia wznowić swoje misje samobójcze i to ostrzej niż kiedykolwiek. 

Nie mogę trzymać małego człowieka w domu do powrotu tatusia, bo zwariujemy obie. Mańka musi do dzieci- ja to wiem i ona wie, że ja wiem. Jak ojciec jest na horyzoncie to dziecko jest aniołem. Pomaga przy zmianie opatrunku, pomaga mi wstać ciągnąc ściągając mnie z fotela, pomaga chodzić trzymając mnie za rękę. 

Ojciec znika i Maryśka odpala tryb potworzasty. Wie, że mam spowolniony tryb reakcji i na placu zabaw wbiega na wszystkie mosty i drabinki. Podbiega do huśtawek z łopatką pełną piachu i wysypuje jej zawartość na dzieci zasiadające w kubełkach. Wychyla się z okienek cholernego zamku i prawie wypada z nich na głowę. Ja, mało myśląc, zrywam się do biegu praktycznie rozrywając wszystkie szwy na nodze. 

Ojciec wraca i nastaje spokój. Dzieciątko przynosi koc, futrzaka z owcy i kulturalnie pyta: "Mamusi ciepo?". Przynosi klamrę do włosów i pyta: "Cesz pinke?". Anioł. Żeby utrzymać taki stan rzeczy jestem zmuszona wysilić się i "przeczołgać" ją po całym osiedlu, dwóch placach zabaw i gdzie tylko się da i ile sił mi starczy. Wieczorem padnę, ale będę miała wymarzoną chwilę ciszy i spokoju.

Sama siebie nie ogarniam. Czego ja tak naprawdę chcę? Pierwsza myśl: ciszy i spokoju. Jednak lepiej żeby ten mały człowiek był gdzieś blisko żeby co jakiś czas zaburzyć ład i porządek. Bez niej to już nie to samo. Nawet wymarzony i wymodlony odpoczynek...


Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger