Jak zostać pogromcą smoków?

Nie takie odsmoczkowywanie straszne jak je malują! Przynajmniej w naszym przypadku. Nigdy nie byłam przeciwna gumowym umilaczom, ale będąc w ciąży postanowiłam nie zaznajamiać Mańki z tym silikonowym cudem. Z prostej przyczyny- chciałam sobie oszczędzić katorgi przy odzwyczajaniu jej od "tinta". Jak wiadomo, planować to sobie można, a życie i tak ma swój scenariusz.


W naszym przypadku to moja szanowna teściowa skłoniła mnie do tego "złego" czynu jakim jest zaprzyjaźnienie niemowlaka ze smoczkiem. Ja wiem, że chciała dobrze, ja wiem że wyglądałam jak siedem nieszczęść po porodzie, ja wiem że płaczące dzieciątko potrafi rozkruszyć serce na miliony kawałków. Maryśka dodatkowo, od urodzenia, jak płakała to roniła ogromne łzy, co całkowicie wszystkich rozwalało. Przez to wszystko teściowa na wizytacji w szpitalu nie wytrzymała i chcąc ratować resztki mojej poczytalności posłała Starego do apteki. 

Maśka swojego "tintusia" pokochała miłością ogromną od pierwszego ciumknięcia. Szybko ograniczyliśmy ich wspólne chwile do drzemek i nocnego spania. Nadszedł czas aby całkowicie pożegnać smoka. Niemowlak ciumkający smoczka to widok uroczy i normalny, ale jak bąbel podrośnie i zaczyna samodzielnie truptać to ten mały kawałek gumy zaczyna zaburzać "krajobraz". Kupowanie nowego smoczka co tydzień też mi się nie uśmiechało. Przegryzała wszystkie jak leci. Raz, że zrobiło się to niebezpiecznie, dwa szkoda kasy (minimum 28 zeta co miesiąc... ).

Pierwsze podejście do operacji "tintek paszoł won" miało miejsce w czerwcu ubiegłego roku. Poszło lekko, ale po tygodniu rozpoczął się horror. Kły postanowiły pokrzyżować nam plany. Polegliśmy. Prawie miesiąc ryków, jęków i stęków spowodowanych trójkami był lżejszy do przeżycia z umilaczem.

Praktycznie każdy z rodziny próbował wpłynąć na Mańkę żeby rzuciła ustrojstwo w kąt. Nic nie dało chowanie. Nic nie dała historyjka teściowej, która wmawiała Maśce, że jej piesek go bardziej potrzebuje. Początkowo Maria z chęcią odstąpiła smoka pieskowi. Chodziła po domu i rozpowiadała "pesek mnium-mnium tintuś, taaak!", ale wieczorem z rozbrajającym uśmiechem zwróciła się do mnie "Masia poposim tintuś!". Dupa.

1,5 tygodnia temu na spontanie podeszłam ponownie do odsmoczkowania. Położyłam pierdołę do łóżka i zaczęłam wywód:

-Masia, czy mama śpi z tintuszkiem?
-Nie!
-Masia, a tata śpi z tinkiem?
-Nie!
-Jesteś duża dziewczyna. Po co Ci tintuszek? Babcia nie ma tinta, dziadek nie ma tinta, kuzynka nie ma tintka (jedna, druga, trzecia i czwarta).
-Taaak! Pesek nie ma tintusia.
-No właśnie. Marysia jest duża dziewczyna i też nie potrzebuje tinta.
-Mhmm! Mamusiu ić tatusia.
Zasnęła. 

Na tym skończyła się nasza przygoda ze smoczkiem. Trochę musiałam nakłamać, bo dwie z czterech kuzynek nadal mają swoje i intensywnie je użytkują. Mam grzech, ale co tam! Cel uświęca środki, a dziecko z dumą opowiada każdemu, że jest "dusia" i "nie ma tintusia".

Stara pogromca smoków! Prawdą (no, ok... półprawdą)  i rozumem zło przezwycięży!

Jak było u Was? Macie ten etap już za sobą czy Wasze dzieci nie miały nigdy gumowego umilacza?


Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger