Nie chce mi się!

Mam prawo żeby mi się nie chciało! Nie jestem cyborgiem zaprogramowanym do bycia w pełnej gotowości 24/7. Co to, to nie! Nie jestem urządzeniem multifunkcyjnym- i dobrze, bo i te często okazują się bublem, który można o kant tyłka roztrzaskać. Nie nadają się praktycznie do niczego i tylko zawalają miejsce. Jestem tylko człowiekiem i muszę sama sobie wypisać co jakiś czas "lewe" L4 i nie robić nic! 




Nie chce mi się łazić codziennie na spacery. Nie jestem krążownikiem (o krążownikach mowa byłą chociażby TU). Jeśli wstaję z wyra i za oknem widzę deszcz, pizgawicę czy mgłę zwiastującą ciężki smród nadciągający od Szadółek, cieszę się jak Mańka na widok buły. Nie muszę nigdzie wyłazić! Jes! Nie muszę się myć głowy i wyskakiwać z piżamy. 

Absolutnie nie musi mi się chcieć wstawać codziennie z pieśnią na ustach. Mamy jesień i pobudki są dla mnie ciężkie. Częściej niż pieśni pochwalne na usta cisną mi się bardzo brzydkie słowa, które zachowuję dla siebie.

Nie chce mi się sprzątać! Może i jestem pedantką, ale są takie dni... Są takie dni, że bałagan się nawarstwia. Potrafię nie ruszyć palcem przez tydzień. Drugi tydzień zajmuje mi odgruzowanie chaty. Jakby moja mama to przeczytała to dostałabym w łeb i to z półobrotu. 

Nie chce mi się leżeć na podłodze i bawić się cały dzień z maluchem. Na szczęście moje dziecko nie jest w tym temacie wymagające. Jest samodzielna i zajmuje się zabawą na własną rękę przez długi czas. Rzadko słychać "Mamiś, oć!". Ja jestem jej potrzeba tylko do towarzystwa przy układaniu puzzli lub gdy ma ochotę na "samolot".

Nie chce mi się ćwiczyć. Mój mózg na brzuchu woła o pomstę do nieba, ale nie chce mi się walnąć na podłogę i zrobić tych 100 brzuszków. Wyjątkiem są piątki, których wyczekuję z niecierpliwością. Nie, nie chodzę na cotygodniowe potupajki do wiejskiej remizy. Piątkowe wieczory to czas #baleronanarurze ! Na fejsie czy instagramie od czasu do czasu pojawiają się dowody tego, że chcieć to móc, nawet w tak ciężkim przypadku odrazy do aktywności fizycznej jakim jestem ja!

Nie chce mi się robić zakupów. O to, to! Tego mi się najbardziej nie chce. Idę tylko jak grozi nam przymieranie z głodu. Nawet Ikea przestałą być dla mnie pociągająca. 

Nie chce mi się gotować. Chyba jednak tego mi się nie chce najbardziej! Jak robię to porcji ma starczyć minimum na dwa dni. Potem się coś ogarnie. Albo pojedzie do rodziców na obiad, a kolejnego dnia do teściów. Można tak przykombinować, że cały tydzień bez gotowania będzie gwarantowany.

W sezonie jesienno-zimowym mój wewnętrzny leń łapie za stery. Ciężko go pokonać. Czasem nawet nie próbuję tylko biorę książkę i kładę się pod kocem na kanapie koło Maryśki. Leżę i pachnę. Kto mi zabroni? ;)


Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger