Jak nie urok to...

... wiadomo co!


Dosłownie! Takie był plany na weekend, tak mieliśmy ze Starym poszaleć i co? Gónewko! Maniek załapał wirusa i posiała go dalej. W ciągu paru godzin padłam jak długa z 39* gorączki. Po powrocie z wesela, na którym ledwo wysiedziałam 1,5 godziny zasnęłam nie wiem kiedy powalona gorączką. Pamiętam tylko, że Bartas zmieniał mi co jakąś chwilkę kompres. Do tej pory łamie mnie w gnatach, więc wyjazd urlopowy przesuwamy o jeden dzień. Korzystając z pięknej pogody kisiliśmy się na działce: ja wygrzewałam gorączkę, Stary ogarniał grilla, a Mania zaliczyła pierwsze bliskie spotkanie z chodnikiem.



Co smacznego może znaleźć dziecko na działce? Truskawki, sałatę, buraki, rzodkiewkę, pomidory? NIE! Ziemia i kora ozdobna- smaczne niczym cuda z kuchni szefa Amaro czy tam Gesslerowej! 
Nie mam prawa odpocząć na działce, nawet jeśli jestem połamana chorobą. Muszę być czujna, oczy mieć dookoła głowy i refleks też powinien być odpowiedni. Wystarczy chwila nieuwagi i BOOM! Ryk jakby kogoś ze skóry żywcem obrywali. Gleba na chodniku, rozwalone kolano i krewka. Chyba jednak Maniek ma gen człowieka kraksy, bo jej kolana wyglądają jakby na klęczkach "szła" pielgrzymką do Częstochowy.
Pomimo niebezpieczeństw jakie czyhają na działkozie, nadal będę ją tam puszczać wolno ponieważ mam 100% pewność, że po powrocie do domu sama poleci do wanny i zaraz po kąpieli owinie się kocem i zacznie wspinać się na łóżeczko wołając "A-a-A!".

We wtorek wybywamy w Polskę, więc kolejny post pojawi się jak tylko dorwę Wi-Fi. Na bieżąco będę spamować zdjęciami na naszym INSTAGRAMIE i FEJSIE.







Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger