W rytmie Baby Blues

Pod postem, w którym pisałam o udzielonym przeze mnie wywiadzie Matka Browar napisała: „(…) Baby blues zdarza się tak często, a tak rzadko o nim się mówi... Fajnie, że o tym mówisz, bo może dzięki temu inne młode mamy nie będą czuły, że zwariowały ;) (...)”


Uważam, że nie ma się z czym kryć, już kilka razy wspominałam na blogu o moim „mrocznym czasie”. Szczerze i bez bicia mogę napisać, że wspomnienie pierwszego miesiąca po porodzie widzę na czarno-biało. Nie lubię wracać myślami do stycznia 2013, jednak czasami wychodzi to samo z siebie.
Moja siostra powiedziała ostatnio „Jestem pod ogromnym wrażeniem, że pomimo rzeźnickiego porodu bez znieczulenia i Twojego ciężkiego doła masz ochotę na kolejne dziecko!”. Raz dałąm radę, to w przypadku powtórki z rozrywki też dam radę.
Zacznijmy jednak od podstaw. 

Czym jest Baby Blues? 

Encyklopedia portalu Ciążowy.pl definiuje ten syndrom jako tzw. stan obniżonego nastroju, który w pierwszych symptomach przypomina depresję poporodową. Pojawia się w trzeciej lub czwartej dobie po porodzie, zwłaszcza u kobiet rodzących swoje pierwsze dziecko. Powodują go przede wszystkim zmiany hormonalne (spadek poziomu progesteronu i estrogenów – ich poziom w ciąży był bardzo wysoki). Stan ten objawia się niepokojem, zmiennością nastrojów, silnym poczuciem zmęczenia.

Baby blues różni się od klasycznej depresji poporodowej tym, że po kilku tygodniach mija bez śladu.


Ponoć dotyka on nawet 80% świeżo upieczonych matek. Oczywiście w tych nieszczęsnych widełkach znalazłam się ja. Wy też miałyście tą wątpliwą przyjemność?

Jak się to objawiło? 

Szczerze? Za przeproszeniem, czułam się jak jedno wielkie gówno! Nie byłam w stanie sama się podnieść, skorzystać z toalety, nie miałam siły trzymać dziecka na rękach w pozycji stojącej-BA! Ja nie miałam siły stać dłużej niż 5 minut! Miałam wieczne wyrzuty, że wszystko jest na głowie męża, że to on musi przewinąć Małą, że musi ją uspokajać, że musi mnie prawie wsadzać do wanny.
Wybuchałam płaczem kilkanaście razy w ciągu dnia bez lub z błahego powodu. Były momenty, że BAŁAM SIĘ swojego dziecka! Nie świrowałam w wywiadzie z odśpiewywaniem „Mała Mania mocno śpi, my się jej boimy na palcach chodzimy...” - mruczałam sobie tą wersje dość intensywnie. Moją ucieczką były spacery z psem, które potrafiłam przeryczeć od wyjścia z klatki do wejścia z powrotem na patio.

Początkowo kryłam się nawet przed Bartkiem, bo bałam się że go tym podłamię. Był w domu przez dwa i pół miesiąca więc nie dało rady wiecznie maskować zaryczanych oczu, przysypianie w każdej możliwej pozycji i generalne psychiczne podłamanie też rzucało się w oczy. Kiedyś wspominałam jak dużym okazał się oparciem. Chwalił mnie przy każdej możliwej okazji żebym tylko poczuła się lepiej, podczas apogeum mojego Baby Blues'a stawał na głowie żeby wywołać na mojej twarzy usmiech, w momencie krytycznym proponował psychologa. Zachęcał mnie do podchodzenia do dziecka i działania przy małej w miarę moich możliwości. Wszystko to bardzo pomagało. Dzień po dniu było ciut lepiej aż całkowicie wyszłam z tego paskudnego doła. Przypadkiem wydało się, że rozmawiał z moją mamą i opowiadał o moim podłamaniu.

Wiem, że kiedy jest mi źle mogę, a wręcz muszę o tym mówić- wsparcie z zewnątrz jest najlepszym lekarstwem.


Mój klucz do odbicia się od dna: towarzystwo, wsparcie, cierpliwość, wyrozumiałość i najważniejsze: CZUŁOŚĆ!

Stopniowa poprawa samopoczucia przez trzy tygodnie w zdjęciach:


 


TU JESTEŚMY:

Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger