Tato! Tato! Pomocy dla mamy!

Od samego początku pomagał intensywnie. Kiedy ja leżałam półprzytomna przez pierwsze tygodnie po porodzie, On dzielnie działał przy Małej.
Nie bał się kupska, nie straszna była mu kolka, to On nosił i karmił w nocy, to On pomagał mi wejść pod prysznic. Ba! Praktycznie mnie wnosił pod ten prysznic, bo ja nie miałam siły.
Pocieszał dzielnie gdy baby blues niszczył mi psychę.
Dwa miesiące siedział w domu i pomagał jak tylko mógł.
Nawet na uczelnie pojechał i dyskutował z moim jakże "cudnym" promotorem.
Kiedy siedziałam i męczyłam poprawki do magistery dzielnie wojował z ryczącą Małą.
Gdyby mógł to pewnie poszedłby za mnie na obronę.
Kiedy wrócił po urlopie do pracy to nadal dzielnie pomagał.
Przed popołudniową zmianą wstawał wcześniej, żebym ja mogła pospać jeszcze ciut ciut.
Po rannej zmianie, chociaż ledwo kontaktował, brał dzidźkę i dawał mi chwilę wytchnienia.

Wszystko zmieniło się na początku wakacji. Każda okazja była dobra żeby wyjść, żeby gdzieś pojechać.
W nocy nie wstawał, z rana udawał że nie słyszy jak Mała prowadzi monolog.
Przed pracą- "Jestem zmęczony!"
Po pracy- "Jestem zmęczony!"
Po rannej zmianie- "Przecież w pracy byłem od rana!"
Przed popołudniową zmianą- " Do pracy zaraz idę!".
Przed nocką- "Do pracy idę, muszę odpocząć!"
4 dni wolne- "Muszę odpocząć po/przed pracą!"

Ja: jedną ręką sprzątam, drugą gotuję, jedną nogą bawię dziecko, drugą wyprowadzam psa na dwór.
On: wraca i co słyszę na wejściu?
"Co za syf tu jest!"
"Zrób mi jedzenie!"
"Weź ją ucisz!"
"Wyjdź z psem!"
"Chciałaś dom? To go sprzątaj!"

No, ojciec! Przeginasz!
Może to niefajne, ale momentami nachodzą mnie myśli, że gdyby nie Mała to rozwód wisiałby w powietrzu.
Wymagać to on może.
Bajzlu narobi i ma pretensje.
Jestem zmęczona- no i co z tego? Kolejne pretensje.
Umawiam się po 100 latach do lekarza- ŹLE! On ma inne plany niż zajmowanie się dzieckiem.
-Proszę, zawieź nas do lekarza!
- Po co?!?
- Po jajco!
I co? Pojechał sobie gdzieś, a my w ciężkiej ulewie tarmosimy się przez pół Gdańska żeby dowlec się do lekarza. Co tam, że jestem przemoczona od deszczu i przepocona obleśnie od biegania z wózkiem na autobus i tramwaj.
Zaraz koniec tygodnia, a on w domu był z nami kilka godzin (nocy nie liczę).
W sobotę wychodzimy sami, pierwszy raz od 10 miesięcy. Obawiam się, że może się to skończyć III wojną światową :(


Copyright © 2014 ⚡ Pod Napięciem ⚡ , Blogger